piątek, 16 listopada 2012

Na złówie i jeże morskie

>

Już w domu po wczasach na ogródkach

Cześć!
Szczęśliwie dotarliśmy do domu już wczoraj, ale dopiero teraz zebrałem się żeby opisać jak sobie bez Was dalej radziliśmy. Pozostawieni sami sobie w 3 osobowej grupie poczuliśmy się nagle strasznie samotni, poza tym wracaliśmy na Alona Beach, która to urocza miejscowość jakoś nie zrobiła wcześniej na nas zbyt dobrego wrażenia. Zgodnie z przewidywaniami za 300 peso dostaliśmy się tam "tricyclem" w ok. 45 minut. Musiałem siedzieć bokiem z mocno wystającymi poza obrys tego wehikułu kolanami co w mieście okazało się dosyć stresujące, bo cały czas miałem wrażenie, że przytrę w końcu nimi jakiś inny pojazd lub wsiądzie mi na nie jakiś tubylec. Na szczęście obyło się bez takowych atrakcji. 
Miasteczko, do którego wróciliśmy okazało się jednak całkiem przyjazne. Nawet pokój nr 13 w hotelu Cherys jeszcze na nas czekał i czekali też na nas nachalni wciskacze piździków i wycieczek. Osaczyli nas bo pogoda była mocno niepewna i jedynie tacy jak my frajerzy mogli się ewentualnie na coś innego niż drink w barze zdecydować. Ten wszechogarniający marketing jednak okazał się zadziwiająco skuteczny bo daliśmy się w końcu naciągnąć jednemu z naganiaczy na wynajęcie łodzi i zwiedzanie pobliskich wysp.  Przypadkowy wybór okazał się nawet udany, bo za ok. pół godziny czekała na nas przy plaży piękna biała łódż "Holly Infant 3" z 2 osobową śniadą obsługą. Oddaliśmy się więc pod opiekę Jezuska nr 3 licząc na niebiańskie przeżycia... i zaraz po odbiciu od brzegu znaleźliśmy się w środku tropikalnej ulewy! Świat nagle zniknął za ścianą deszczu, a my popatrzyliśmy na siebie z lekko niepewnymi minami. Spojrzeliśmy też od razu na kapitana naszego okrętu i pierwszego oficera, szukając na ich twarzach śladu strachu lub niepewności ale nic takiego nie było po nich widać. Dzielnie parli przed siebie z pewnymi minami jakby doskonale wiedzieli dokąd płynąć mimo, że widoczność spadła do jakichś 200m. Widać kompasy, a może nawet gps'y mają tak jak ptaki w głowach bo na okręcie żadnych urządzeń nawigacyjnych nie dostrzegliśmy. Faktycznie musiało tak być bo po ok. 45 minutach podróży wypłynęliśmy prosto na jedną z wysp. Deszczem mocno zacinało i zrobiło się nawet po raz pierwszy nieco zimno, ubraliśmy się więc w kamizelki ratunkowe. Wyglądaliśmy w nich prawie jak rozbitkowie na tratwie ratunkowej w czasie burzy. Jezusek w którego nie wierzę jednak postanowił się nieco sprężyć i udowodnić mi, że jednak istnieje i potrafi czynić cuda, bo natychmiast po przybiciu do brzegu wyspy niebo się rozstąpiło i wyszło piękne słoneczko. Tubylcy naciągnęli nas jak zwykle w tym kraju na kolejną opłatę za kolejną łódkę do której musieliśmy się przesiąść chcąc ponurkować. Początkowo Berni się nieco krzywiła bo łódeczka była wielkości kajaka, a po mrożącej krew żyłach podróży w burzy wchodzenie do wody wydało się średnio atrakcyjne. Okazało się, że nasze obawy były bezpodstawne. Kajak spisywał się na falach na medal, a miejsce do nurkowania okazało się naprawdę ładniutkie. Pływaliśmy wśród stad pięknych kolorowych rybek tuż nad zgrają nurków, zwiedzających ścianę rafy. Było bosko, nawet Berni przestała nagle marudzić. :) Daliśmy się nawet zaraz potem namówić za 200 peso na zwiedzanie pasących się na podwodnej łące ogromnych żółwi. Miało ich być ponoć dużo, bardzo dużo, a w praktyce pasły się oczywiście tylko 2. Czyli wyszło po 100 peso za szt. :) ale i tak było warto bo widok był zachwycający. Zachęceni sukcesami w snurkowaniu i pogodą daliśmy się poprowadzić Dzieciątku dalej na kolejną wyspę, tzw. piaskową. To ogromna łacha piachu na środku wielokilometrowej mielizny. Można tam chyba dojść na piechotę jak jest odpływ ale woleliśmy jednak łódką. :) Po przybiciu do plaży rzucili się na nas sprzedawcy jeżowców i zanim się zorientowaliśmy łykneliśmy z Majerem przywitalnego glucika ze środka jeżowej kulki. Było to nielada wyzwanie po zawartość takiego rozłupanego jeża przypomina ropę ze starej rany i w dodatku śmierdzi (albo jak kto woli pachnie) rybią spermą. Smakuje też chyba mniej więcej jak rybia sperma. Mogę się tylko domyślać bo na szczęście żadnej obcej spermy do tej pory nie próbowałem. :) Majer po wciągnięciu glucika twierdził co prawda, że to smakuje jak kawior, ale nie wierzcie mu. Moim zdaniem to sperma i tyle. :) Teraz już wiem czemu czasem dziewczyny nie lubią tak często robić loda jak tego oczekują faceci. :) Smak jeżowca zabiliśmy natychmiast świeżym kokosem i udało się jakoś nie puścić pawia. Połaziliśmy chwile po wyspie obchodząc ją w 20 minut w koło (taka była ogromna), Krzychu kupił kilka muszli (potem cały czas się bał, ze go złapią z nimi na granicy i wsadzą do pierdla na 15 lat albo nawet utną głowę) i wróciliśmy na plażę. Jezusek jeszcze raz dał znać o sobie, tym razem karząc niewiernego czyli mnie poparzeniem słonecznym. Majer po cichu jednak trochę chyba w niego wierzy lub się go boi bo jego nie pokarał, podobnie zresztą jak i Berni ale w jej przypadku to chyba oczywiste. :) Wieczorkiem zjedliśmy wspaniałe krewetki z grila i zasiedliśmy w jednej z ładniejszych restauracji na plaży. Jednym słowem zachowywaliśmy się jak grzeczni amerykańscy turyści na rodzinnych wczasach.
 Podsumowując, ostatni dzień pobytu na Filipinach można uznać za udany, a miejscówkę za godną polecenia pod warunkiem, że weźmie się wycieczkę na żółwiową wyspę i skosztuje tego rarytasu jakim są surowe wnętrzności jeżowca. 
Potem już była tylko nudna wielogodzinna podróż która i Was, na szczęście nie za szybko, czeka. Z przerwą na sushi w Singapurze. My mieliśmy trochę szczęścia bo w A380 miejsca koło nas okazały się wolne i można się było nawet położyć na fotelach i wyspać. :) 
Pozdrawiamy ze słonecznych i rześkich Katowic i dziękujemy Ani i Glusiowi raz jeszcze za zaproszenie na wspaniałą wycieczkę na wieś, a wszystkim pozostałym uczestnikom za wspaniałe podczas niej towarzystwo. :) 
Jaro i Berni

wtorek, 13 listopada 2012

na razie kilka linków

A tu kilka d(linków), bo na razie karuzela mi nie wchodzi..

SIQUIJOR-1 SIQUIJOR-2 SIQUIJOR-3

Ciągle w drodze - Siquijour cz 1

Dzień rozpoczął się jak co dzień - wzięliśmy 3 tricylke na 15 osób z bagażami i pojechaliśmy na prom, którego nie było.


Szybkie przegrupowanie i wpisanie się na listę ewentualnych ofiar filipińskich przepraw promowych..

oraz wynajęcie osobistego tragarza przez Kojota
i nareszcie tylko jeszcze jeden jeepney, prom

i daleko jeszcze? Ależ nie - czerwony dywan prawie rozłożony i hamaki na plaży też

Siquijour - k... jak to sie czyta

 Nie było łatwo ale w końcu postanowiliśmy się z bólem (dwie odrapane nogi i kilka innych ran plus kac, który powinien być a o dziwo go nie ma (nie wiemy czy to dla nas dobrze czy źle) ) zebrać po dyskotece z lokalesami ala lata 80-te i rozpocząć rzeź niewiniątek na innej wyspie.
Ale k ... jak się czyta tę nazwę ?  Na nasze szczęście mieliśmy przed sobą 14 godzin drogi, żeby się jej nauczyć...
 Pierwsza łódka była zapalana na sznurek i ten sposób mocno zafascynował chłopaków

Druga miała znamiona Titanica ale pomimo pewnych obiekcji dopłynęliśmy do brzegu, gdzie czekał  na nas ekskluzywny autokar bez klimy, bo Kojot zwany Kowbojkiem alias Śliski Palec orzekł, iż klimy się psują a jak się psują to się podusimy, bo w tych busach nie da się otworzyć okna. I dzięki temu zaoszczędziliśmy 7 peso czyli GRUBE 56 gr. na osobę. W ramach opcji all inclusive dostaliśmy skierowanie do pulmonologa zaraz przy wjeździe do Cebu City. Przezorny zawsze ubezpieczony...
Następna opcja jeepney, pomimo taniości jednak nie wchodził akurat tego dnia w grę
i normalnie wzięliśmy busa z sauną, bo po porannym treningu z naszym osobistym trenerem Makrakiem musieliśmy się trochę spocić.. Tym razem autobus z klimą i z "Niezniszczalnymi" oraz następne 3 godziny w dupie (czarnej, spoconej, potem zamrożonej) i dojechaliśmy do promu, który oczywiście nam s.. czyli uciekł..
Za to manager Makraka - Witek - zorganizował nam hotel z basenem i zakwaterował nas jak na koloniach w Big Familly Rum (10 osób)
i uwaga do tego zatrudnił kucharkę - Berni, która ogarnęła Tapsilog i wydała nam kolonijne porcje wzbogacone za wzorowe sprawowanie Tanduayem z sklepiku, w którym dorabialiśmy jako sprzedawcy.. Szło nam wyśmienicie !!! Przed nami był następny przeprawowy dzień...



piątek, 9 listopada 2012

poniedziałek, 5 listopada 2012

Co to?

A co to
Wysłano z BlackBerry® smartphone w Play

Kolacja jak u mamy

Magdalena Piekarska

niedziela, 4 listopada 2012

Malapasca

GlusMalapascua udaje  taką piękną dziewiczą wyspę ale też potrafi zmoaczyć nas deszczem, Trochę byliśmy zaskoczeni jak po 3 godzinach upalnego poranka lunęło jak w Wietnamie na Forrescie Gampie..
Nie ma co - wzięliśmy łódkę i popłynęliśmy szukać bardziej słonecznej miejscówki...
Glus załatwił bratu piwko ..... zabrał się z nami Pan Samochodzik a dziewczyny całowały złote rybki, żeby już zawsze móc podziwiać takie widoki ..



Singapur

Fajne widoczki już sobie pooglądaliście - dzięki Magdzie, która ogarnęła temat przy pomocy swojego Ifonika.Ale teraz wracamy do początku naszej eskapady, która jest nieustanną 4 dobową imprezą. Zaczęliśmy już na lotnisku i dziś mamy pierwszy pitstop i dlatego możemy się z Wami skomunikować. Poniżej już w dobrych humorach odlatujemy z Katowic.


i bardzo grzecznie po 11 godzinach szalonego lotu meldujemy się w naszym hostelu w Singapurze.








Żeby zobaczyć ptaszka..
 i trochę nowych
i trochę starych budynków.

Wyspa nieduża i dzięki temu urokliwa

Magdalena Piekarska

Malapascue nocą

Magdalena Piekarska

Jak zwykle obrzydliwe zachody słońca na Filipinach

Magdalena Piekarska

sobota, 3 listopada 2012

sobota, 29 września 2012

Parkowy - Bonito

Kto wie gdzie jest ten bar, ktory wlasnie zdobyli chlopcy !!!
Czeka ekskluzywna nagroda !!
Pozdrawiam Anka

sobota, 22 września 2012

Prezesi na trekkingu

Zdobywcy Doliny Koscieliskiej 2012
Pozdrawiam Anka

piątek, 21 września 2012

piątek, 31 sierpnia 2012

STRINGI W PERU

Jak wiadomo, nie tylko my podróżujemy...
Od jutra swoją wielką podróż zaczynają Lila i Judka, które będą podbijać PERU !!!!!!
Dziewczyny jak Wam zazdroszczę. Bawcie się dobrze i wracajcie do nas z nowymi wrażeniami.
Dla chętnych do śledzenia ich trasy i dopingowania w podróży link do bloga o intrygującej nazwie


 
LILA
JUDKA

niedziela, 29 kwietnia 2012