środa, 14 kwietnia 2010

Amserdam :)




Amsterdam .... etap 1 zaliczony.
5 h do wylotu. czekamy na ekipe z katowic. i dalej do HKG.
Domi, Dominika, Marta, Lukasz, Krzysiek, Tomek

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

ZEGAR - formalnie.

Nasz ZEGAR wybitnie kłamie. Spieszy się jak dziki. Podobno na jakimś japońskim czasie idzie (skośny, to i durny).
Anyway, wyjazd jest w środe 14ego o 13:30 czasu polskiego z Wawy (przynajmniej nasza grupka).
No, to tyle formalności.
Ide utulić kiciaki, kończę melise i do wyrka.

P.S.1
Nie obiecuje, że bede tesknić! ;-)

P.S.2
...bedę jak diabli...

niedziela, 11 kwietnia 2010

just a little bit excited

Zaczynam juz odczuwac ten fajny dreszczyk przedwyjazdowy... Zwlaszcza, ze jutro pakowanie! Ech chcialabym tam juz byc i walnac sie z drinem na plazy w calym Waszym doborowym gronie :-)
Zyczmy sobie szczesliwego dolotu, pobytu i przylotu.
I z tymi zyczeniami otwieram pilsnera celem zatoastowania :-P
Sijusun gajs :-)

P.S.
http://www.odyssei.com/pl/zwroty/683.html
Prosze zwrocic uwage na to jak duzo trzeba powiedziec, zeby powiedziec PRZEPRASZAM, prawie tak duzo jak PROSZE MNIE NIE DOTYKAC ;-)

Dla ekipy Włoskiej

ze szczególną dedykacją dla Darka Nitki, Marynarza, Oli :)

KLIK TUTAJ !!!

pozdrawiam.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Hong Kong, Macau

Drobna propozycja na czas pobytu w HKG - wiem że bedziemy tam w różnych terminach - dotyczy to powrotu ale może ktos skorzysta. Dominika wyszukala cos takiego: ) -
Pstrtyk

Zwróćcie uwagę na 5 dzień podróży. Może warto zobaczyć.

sobota, 20 lutego 2010

Oto pewna przypowieść:

Po zdobyciu przez pułk fabryki gorzałki porucznik Sołżenicyn rzekł do Rżewskiego
- Tyle gorzałki to i nasz pułk nie wypije poruczniku...
- Sołżenicyn! Gwardia umiera, a nie poddaje się! - wykrzyknął Rżewski.

Gwardia umiera, a nie poddaje się! - oto propozycja hasła na wyjazd :-)
Damy radę! ;-)

czwartek, 28 stycznia 2010




ludzie prawdopodobnie tak to się skończy

IHHHHHAA

Domki



Ładne domki Tomek dałeś na front ale nie łudźcie się - będziemy spać w takim jak obok.
Ale myślę, że i tak TAM lepiej niż tu na ty mrozie - BRRRRRR
To jest mała wioska rybacka Sabang.


marek też już zbiera kase i jedziemy
no to odliczamy





Witam wystartował Blog - Gluś mnie uprzedził :)



środa, 27 stycznia 2010

no to chyba jestem tu pierwszy iha jecze tylko dwa miechy

wtorek, 26 stycznia 2010

Muminki Filipinki

Muminki na Filipinach
Kolejny blog i 2 z serii wyjazd gdzieś i nie wiadomo po co. Gdzie, to wskazuje tytuł, po co - wiadomo po dobrą zabawę i niezapomniane przeżycia. Mamy nadzieję że będziecie nam towarzyszyli od początku do końca wycieczki lub naszego końca. Żeby wszystkim było łatwiej za nami nadążyć to w kolejności alfabetycznej przedstawiamy uczestników wyprawy: Anka, Darek, Domi, Dominika, Grażyna, Iwona, Jacek, Kasia, Kasia M, Krzyś-Borek, Krzyś-Gluś, Łukasz, Marta, Marek, Tomek, Robert, Seba, Sonia.

piątek, 20 listopada 2009

Efektowny klip z imprezy Shemale'i autorstwa Krzyśka Borka:

http://www.youtube.com/watch?v=211yDamTNs4

Może i my założymy podobny zespół? Ja zacznę od dorobienia sobie piersi.... ;]

Kuba

czwartek, 19 listopada 2009



Kot i ja w BANG-koTu ;)
Dobrze wiem ze pewnie nie bedziemy tam wracać zaraz moze kiedyś :) ale mozna by było zastanowić się nad wyjazdem na jakąś górkę w Alpy. Pewnie w grudniu nie uda się tego zrealizować bo będzie krucho z czasem (ale niewykluczajmy tego miesiąca) ;) może pierwsza połowa stycznia-gdzieś do Austrii.

Zmienimy trochę klimaty o 50 C . - i ujrzymy takie widoczki :)


Tomek :)
EJ WRACAJMY TAM :)
I ja tu chciałem jako ariergarda (znaczy nasza piątka)tj Grażynka,Krówka,Szymon,Pykóś i ja zakomunikować że jako ostatni(aha jest jeszcze Robert - ale on nie wiadomo czy wróci...) wróciliśmy szczęśliwie z niewieloma jedynie objawami różnych chorób.
Za to ja jako jedyny chyba szczęśliwy że nie muszę znosić gorączki Bangkoku (raczej starałem się nie opuszczać klimatyzowanego pokoiku hotelowego)z radością powitałem rześkość która ogarnęła moje jeszcze roznegliżowane nieco ciało na lotnisku w Pyrzowicach.
No i jeszcze taki po powrotowy wniosek coby jakby sie zebrała jakaś grupa wolontariuszy która by obrobiła te dziesiątki GB fotek które zakotwiczyły w moim kompku i poddała je wnikliwej cenzurze...
No i na koniec chciałem wszystkim uczestnikom(czkom)podziękować za wspólne miłe chwile w takich miejscach... natomiast szczególne podziękowania i wyrazy podziwu składam na dłonie Ani która potrafiła harmonijnie zapanować nad szczególnie zdyscyplinowaną grupą i każdemu potrafiła wyjaśnić czego dany osobnik chce najbardziej ;)

Pozdrawiam Krzysiek
To moze jakos sie zoorganizujemy i zdjecia powkladamy na picasse (moze bede miala czas bo w pracy krysysowo, a w dodatku nas od serwerow odcielo)
Aniu, tu prosze o haslo do naszej picassy i proposycje systematyki zdjec

Ja rowniez dziekuje wszystkim za mile wakacje
Jola alias Kasia
Jak Makar zaczął to ja teź powinnam coś napisać i napiszę Wam tak .... Jest godzina 8 rano od 2 dni chodzimy spać o 20-tej czyli o 2-iej, wstajemy o 6-tej czyli o 12-tej. Teraz za oknem kolor nieba jest daleki od błękitu i całe szczęście, źe temperatura nie dochodzi do zera, bo bym się poddała. W związku z powyższym - ogłaszam, że CZAS WRACAĆ.

Gluś kupuje już nam bilety....


ja załatwiam kwaterkę















a Wy szykujcie się na masaże i plaże



I NA KONIEC - DZIĘKI WSZYSTKIM ZA ZAJEFAJNY WYJAZD.
DALIMY RADĘ .... I love You Baby...

środa, 18 listopada 2009

Korzystając z okazji ze Blog jeszcze funkcjonuje chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom wspólnej wyprawy do Tajlandii:

Ani, Marcie, Karolinie Agnieszce, Joli, Grazynie, Krówce, Glusiowi, Borkowi, Markowi, Wojtkowi, Witkowi, Szymkowi, Robertowi, Sławkowi, Lenczowi (Kubie-kleszczowi-leszczowi-męczowi :)) za wspólne przygody przezyte w kraju gdzie wszyscy są uśmiechnięci i weseli.

No i nalezy zastanowić się nad jakąś imprezą porejsową - można jeszcze ustalić tylko miejsce i po przejsciu kwarantanny związanej z roznicą czasu, przystąpić do odrobaczania :)

I również podziękowania dla wszystkich którzy komentowali naszego bloga ( wielkość podziękowań proporcjonalana do ilości wpisanych komentarzy) ;)


Pozdrawiam

Tomek

P.S. No i czekamy na wiosenną wyprawę na Filipiny - ale to juz inna historia - Miauuuuu

wtorek, 17 listopada 2009


LADY BOY SHOW!!

MYSMY TEZ TAM BYLI I Z NIMI ..... HMMM.... TANCZYLI ;)

No i dotarlismy do Rygi. I kawka na podlodze. Teraz tylko do Warszawy i juz prawie w domu... Tomek

Udalo sie wyleciec z Bankoku, niestety Slawek i Aga zostali niewiadomo na jak dlugo( ale im zazdroszcze, a mialem to byc ja). Piloci Finair strajkuja. My lecimy teraz do Rygi, co dalej sie zobaczy. Mam nadzieje ze dotrzemy dzisiaj do Warszawy. Nie ma mnie na zdjeciu bo ktos musial je zrobic. Tomek. Pozdrawiamy Slawka i Age.

niedziela, 15 listopada 2009

dzisiaj wylatujemy z KOH SAMUI do Bankoku gdzie czeka nas jeszcze chwila zabawy a na lotnisku kolorowe taksowki
I Kilka zdjęć z zycia grupy, oraz innych stworzen w Tajlandii:).
Cala grupa w komplecie. Stacja benzynowa narazie bez patronatu ale ORLEN moze miec tu pole do popisu:).

kraby przed zjedzeniem

Resztę zdjec postaramy sie wrzucic jak najszybciej na picasse.

sobota, 14 listopada 2009

oooo - udalo sie wyslac zdjecie - to widac jak nas przygrzalo. (do poprzedniego posta)



Mieszkamy sobie nad brzegiem morza z pieknym widoczkiem i zachowujemy sie jak Jezusy nad jeziorem :)


Wiec tak - (zdania nie zaczyna sie od wiec). Wiec zaczne :) po pobycie na Koh Phangan dotarlismy na Koh Samui - i jezdzimy sobie na "pizdzikach" - pizdziki to takie male motorki ktore zapierdzielaja do 100 km/h.
Wczoraj troszeczke nas przygrzalo, a my zamiast siedziec na basenie jezdzilismy na tych pizdzikach caly dzien zwiedzajac wyspe, kapiac sie w morzu i raczylismy sie ginem z tonicem - ja byle pasazerem Cipkozercy :) gdyz sam nie moglem prowadzic. (tutaj mozliwos jazdy pojazdem okresla sobie czlowiek sam) - promile i inne tam ......
- zdjecie do tego tekstu bedzie na nastepnym wpisie bo tajski internet nie chce przyjac :)
i niektorzy z nas nawet nurkuja :)

kuba jola

kuba jola richard

kuba i ryba!

jola richard

czwartek, 12 listopada 2009

Juz jestesmy na Koh Samui, bo odpuscilismy sobie 9 godzinna przeprawe na Koh Pee Pee. Nie, nie... raczej zdecydowalismy, ze musimy miec gdzie wracac na nastepny raz. Aktualnie walczymy ze sloncem i ruchem ulicznym przechodzac na prawdziwy low cost (w hotelu za 900 THB) Ale za to odzywiamy sie na targach i planujemy 14 godzinna przeprawe promowo-autokarowa do Bangkoku. No nie wiem czy nam to pojdzie latwo, bo ma to sie odbyc na dzien po urodzinach Witka. Trzymajcie za nas kciuki!!!! Zdjecia jutro, bo Borek nie ma sily z nami mieszkac i nie mamy dostepu do laptopa.
Podzro
Anka, ktora siedzi z Kuba i Jola na necie.

wtorek, 10 listopada 2009

Z jedzeniem to bywa roznie, ja juz nie jem :( - wiec na obiad sie nie zalapalem. Szkoda moze jeszcze4 zaczne cos konsumowacv w tym pieknym K-Raju.
(brak polskich liter - sorry)

Tomek
jednak jak zwykle chciało nam się jesć i Marta poszła zrobić zakupy na obiad.....

i nareszcie dotarliśmy do raju
a tam już była Aga ze Sławkiem.
I ruszyliśmy w drogę


ale był z nami Pan....


Na Koh Tao padało ale tylko 2 dni....

poniedziałek, 9 listopada 2009


No wiem, wiem, że się Wam już znudziło patrzeć na to kiwi, ale nie myslcie sobie, że to tak łatwo znaleźć trochę czasu między plażą, jeżdżeniem na piździku, masażami, występami szimejli i co nocnymi imprezami do 5 rana. Wczoraj się nam jednak udalo spręzyć i przerzucilsymy zdjęcia na picasę. No to sobie pooglądajcie. Pozdrowionka - Anka

http://picasaweb.google.com/wtajujakwraju/Bangkok#
http://picasaweb.google.com/wtajujakwraju/KohTao#

czwartek, 5 listopada 2009

Nie mam pojęcia co to za owoce ale ktoś mówi że dpagon coś tam - konsystencja kiwi. Pychotka. 05.11.2009 Tomek

środa, 4 listopada 2009

Hallo, Jestesmy!!!! Nie nie myslcie, ze nas porwaly szimeile albo zjadly skorpiony w Bangkoku, o nie!!!!!! Nie powalila nas "...one night in Bangkok...." ani morskie fale Zatoki Tajskiej. Zyjemy i mamy sie dobrze w raju na Koh Tao. Dali my rade i przyszylismy po 6 godzinach jazdy ekstrawaganckim autobusem i 1.5 godzinie rzygania na promie.
Nocka w Bangkoku zaliczona - masaz stop w 8 osob, jedzenie skorpinow i glizd, wyscig rydwanow (tuk-tukow) na jednym kole i oczywiscie ping-pong show. Niektorzy zeby zaspokoic niedosyt zostali jeszcze na popawke na Patpongu. Podobno przezycia niezapomniane, mam nadzieje, ze pozostana tylko wspomnienia a nie pamiatki. Teraz z utesknieniem czekamy na tych co na Koh Samui przygotowywuja sie do morskiej przeprawy do nas, (a morze wzburzone, Krowka nie bedziesz miala latwo). To tyle, odezwe sie jutro, bo rum czeka na plazy a wystep Drag Queens za rogiem. Nie ma dzis zdjec, ale moze jutro sie pokazemy jak Borek przywiezie nettopa.
POZDROWIENIA DLA MOJEGO CHOREGO SYNKA!!!! TRZYMAJ SIE SYNEK, MAMUSIA I TATUS CIEPLO MYSLA O TOBIE, PANCAKOWIEC JESZCZE ROBI NALESNIKI I JAK ZWYKLE JEST DO NIEGO OGROMNA KOLEJKA.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Hm i love you baby,yes....Helsinki

I Finowie ugościli nas gorzką żołądkową (To nieprawda jedna franca z twarza bez rysow, nie pozwolila na konsumpcje) :(

Tomek

Dojechalii ! Nie było strachu perffetta na 30 minut przed ausflugem


Tomek

Kasia : ) Agnieszka Karolina

Starterek Okęcie - pozdrowionka. Glusie jeszcze w drodze do Wawy. Sławek, Tomek, Xepa i Mniam

Tomek

Jak to już odlecieliśmy???!!! Ja siedze jeszcze w domu i czekam na Makara który jest obecnie u fryzjera ;p
Kuba

sobota, 31 października 2009

piątek, 30 października 2009

Mialam dolozyc cos o zabytakch, a wiec dokladam.
Z Listy Dziedzictwa UNESCO w Tajlandii mozna zobaczyc:
1)AJUTTHAJA
http://whc.unesco.org/en/list/576/video
- fajny profesjonalny film
Ajutthaja jest położona kilkadziesiat kilometrow na północ od Bangkoku

2.)SUKHOTAI
- i rozniez fajny film na http://whc.unesco.org/en/list/574/video
Sukothai jest az 400 km na połnoc od Bangkoku.

3.)BANGKOK - juz poza lista UNESCO, ale zeskanowalam, bo moze byc przydatne.

poniedziałek, 26 października 2009

Na tym Blogu za 7 dni (od dzisiaj terminy 02-11-2009 do 18-11.2009) będą się pojawiały wycinki z życia całej ekipy biorącej udział w tym karkołomnym przedsięwźięciu jakie ma sie wydarzyć w okresie wymienionym powyżej (podobno wyjazd do Tajlandii ale gdzie skończymy to się okaże). Zapraszam wszystkich ciekawych naszych przygód do śledzenia wpisów, i zamieszczania komentarzy na niniejszym blogu, który bedzie składał się z wypocin wszystkich uczestników wyprawy.

Tomek



Aniu Specjalnie dla Ciebie posiedziałem i wykombinowałem jak zamieścić zdjęcie. A to że zamieściłem swoje to wynika z mojej wewnętrznej potrzeby pokazywania wszystkim swojego promienistego oblicza.

Pozdrawiam
Wasz oddany Tomek

niedziela, 18 października 2009


Już czas ...
Tak mi się wydaje, że już nadszedł czas, żeby opublikować tego bloga i dać wszystkim chętnym możliwość napisania kilku słów do szerszej publiczności o przygotowaniach do naszej Tajskiej eskapady.
A więc "pisarze" do klawiatury a miłośnicy "literatury" do lektury.
Zostało nam jeszcze 15 dni do wyjazdu - niestety nie udało mi się dołączyć odmierzacza czasu ale liczę, że ktoś z Was da radę.
Na razie leżę.

piątek, 16 października 2009

w Taju jak w raju

w Taju jak w Raju
To nie jest taki zwykły blog. To redagowana przez 17 osób stronka o wyprawie na Tajlandzkie wyspy - Koh Tao, - Koh Phangan i Kohh Pee Pee. Nie będzie Wam łatwo za nami nadążyć, więc na wszelki wypadek zamieszczamy nasze imiona w kolejności alfabetycznej: - Agnieszka - Anka - Grażyna, - Jola - Karolina - Krzyś - Krzysiek - Kuba - Magda - Marek - Marta - Robert - Sławek - Szymek - Tomek - Witek - Wojtek

piątek, 21 listopada 2008

Filipiny 2008 - Bohol


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz tam więcej fotek)

A no nie zdążyłam do Was już więcej napisać, bo byliśmy zajęci turystyką taksówkową i integracją z miejscową grupą imprezową.
Teraz jest godz. 2, 30 w nocy i ja oczywiście próbuję się przestawić na czas katowicki co jak widać nie bardzo mi wychodzi. Postanowiłam, więc dosłać Wam jeszcze kilka informacji, bo nie wiem czy uda mi się to wszystko wrzucić na stronę przed Świętami (wszystko w rękach Roberta). O, i Krzysiek wstał a mówił, że już jest całkowicie przestawiony.
Dobra, dobra wracam do tematu.
Turystyka wyglądała następująco. Wzięliśmy sobie na cały dzień taksówkę za 120 zł i facet nas obwiózł po atrakcjach Boholu. Oglądaliśmy Czekoladowe Wzgórza czyli pagórki uformowane jak dokładnie napisano na tablicy informacyjnej „dawno, dawno temu” przez naniesione z morza kawałki muszli i koralowców. Jak jest słońce to w jego świetle mają brązowy kolor i dlatego też zostały nazwane „czekoladowe”. Miałam cichą nadzieję, że uda mi się tam zjeść coś przepysznego, bo jak wiadomo jestem uzależniona od słodyczy, ale nic z tego. To nie jest Ameryka i jeszcze nikt na to nie wpadł, że powinno się na punkcie widokowym sprzedawać czekoladę, chociażby na gorąco.
Obeszłam się smakiem i pojechaliśmy zobaczyć maciupeńkie małpki i pytona.
Małpeczki były przecudne. Mamo, kiedyś obiecałaś, że mi kupisz małpkę, pamiętasz jak się cały dzień cieszyłam? Ta by się świetnie nadawała. Jest mała i grzeczna, prawie się nie rusza, bo słabo widzi. Niestety tak jest tylko za dnia, bo podobno w nocy bardzo rozrabiają. Nazywają się Tarsier i są pod ochroną, bo zostało ich tylko kilka na wyspie, która jest ich jedynym domem. Pyton był bez sensu ale za to duży.
A wieczorem, wiadomo imprezki. Nie jakieś tam huczne dyskoteki, bo takich na szczęście na Allona Beach nie ma, ale całkiem spokojne siedzonko i alkoholizowanie się. Dziewczyny – Shella, Joy, Jovy, Bea i Armi piją drinki, które nazywają „cooperation” czyli najzwyczajniej na świecie podłączają się komuś do drinka i puszczają go między siebie. Najczęściej podłączały się Kristoferowi z Berlina ale Krzysiek też im stawiał, „..żeby było wesoło” No i było. Najfajniej opowiadała różne teksty Jovy, która jak się okazało była „she is he”. Naprawdę nie do poznania, tym bardziej, że przypominała nam do złudzenia jakąś znajomą. Dziewczyny zakochały się od pierwszego wejrzenia w Martinie i już tylko cały czas kazały nam obiecać, że następnym razem go przywieziemy. Opowiadały nam też, że nie jest łatwo żyć na Filipinach, szkoły są płatne, przeciętnie zarabia się 250 usd i wszędzie panuje okropna korupcja. Ale Filipińczycy tak są wychowani, że zawsze się śmieją i jak to Jovy mówiła
„ O, nie mamy co dziś jeść, ha, ha, ha. O, nie mamy na lekarstwa dla dziecka i też ha, ha”
Śmiech im daje siłę do walki z codziennością, śmiech i wiara, bo 90% z nich to katolicy, którzy przy każdym naszym przedstawieniu się mówili, że kochają Jana Pawła II.
Ale na koniec się zrobiłam nostalgiczna, to pewnie przez ten śnieg za oknem, który przypomina, że za niedługo Boże Narodzenie, które na Filipinach już trwa na całego. Jak im Krzysiek powiedział, że u nas choinkę się stroi w Wigilię to pękali ze śmiechu.
To tyle wieści z podróży. Informacje praktyczne umieszczę na stronie.
Żegnam z pięknie zaśnieżonej Lgotki o 3,30 nad ranem i do szybkiego zobaczenia.

Anka i oczywiście Krzyś, który jeszcze nie śpi.

ps. Bardzo wszystkim dziękuję za zwrotne maile, super mi się pisało jak dawaliście znać, że czytacie.
Nie napisałam Wam jeszcze o balut, no to o nich będziecie musieli sobie poczytać na stronie.

środa, 19 listopada 2008

Filipiny 2008 Allona Beach



A witam wszystkich,
już po raz ostatni z pięknych, ciepłych Filipin, gdzie codziennie masujemy na plaży swoje boskie opalone ciała a jak chcemy się trochę powk.... do sobie idziemy na internet i znowu się robi swojsko czyli wracamy do rzeczywistości gdzie nie zawsze wszystko działa jak należy.

Tak naprawdę nie o tym chciałam pisać.
Uwaga teraz będą informacje dla facetów a potem dla lasek
Dla facetów:
Krzysiek (oczywście dla jakiegoś tajemniczego swojego "frienda" z Polski) poszukuje młodej atrakcyjnej dziewczyny z Filipin i w związku z powyższym wypytuje wszystkich dookoła jak sobie ją można załatwić, wiec jest tak:
- jak na jedną noc to kosztuje 3 000 pesos czyli ok. 180 zł
- a jak na zawsze to sprawa jest następująca - "No money, no honey" - to dziewczynki już znają od kołyski, jak i to, że nie ma co liczyć na cud, bo jak mają się załapać na kasę to głównie na staruchów, bo zgodnie ze starym filipińskim przysłowiem "Old karabau (wół) eat young grass" - tłumaczenie myślę, że jest zbędne. Więc Panowie nie ma się co śpieszyć z przyjazdem tutaj, bo minie jeszcze ze 20 lat jak będziecie dla nich atrakcyjni.
Ale tak najbardziej mnie cieszy jak Krzysiek, próbuje dociec o czym te dziewczyny rozmawiają ze swoimi sponsorami, ha, Pewnie o sztuce, nie?
A teraz dla lasek:
Nigdy się nie wybierajcie na miesiąc miodowy albo jakiś inny do Filipin albo do Tajlandii, bo wpadniecie w kompleksy, chyba, że będziecie wiedziały co ja wiem.
Po pierwsze. Każda z nas jest dla nich piękna, bo ma jasną skórę a niektóre do tego mają niebieskie oczy.
Po drugie. U nich 40- latki wyglądają jak nasze Mamy albo co najmniej 55-latki.
Po trzecie. Każda laska ma tu znacznie bardziej pod górkę, bo jak nie robi zwykły to robi inny masaż - a to zawsze jest ciężka fizyczna praca.
To tyle na ten temat i już więcej nic Wam nie napisze w tej kwestii, chyba, że to iż zrezygnowałam z szybkiej adopcji dziewczynki, żeby Krzysiek nie musiał w przyszłości zostać Woodym Allenem.

Reszta maila dla podróżników a nie sex turystów.
Dziękujemy za ostrzeżenia w kwestii promów - już więcej nie będziemy się nimi przemieszczać. Teraz zostają nam jeszcze 4 samoloty w 24 godz. i już będziemy w ojczyźnie za którą już się troszkę stęskniliśmy - jako i za Wami też. Jesteśmy na wyspie Pangalo przy Bohol przy Cebu i mamy super fajne warunki, Klima, basen, czyste morze i nury. Dzisiaj nurkowaliśmy z 3 żółwiami i podziwialiśmy czarne koralowce, które wyglądały jak aksamitki do włosów, które kiedyś nosiłam do szkoły. Miejscówka się nazywa Allona Beach. Jutro jedziemy podziwiać Wzgórza Czekoladowe.
Cholera kończy mi się czas a nie mam więcej kasy, wiec całusy i na ra. Może jeszcze co jutro dam radę.
Pa

czwartek, 13 listopada 2008

Filipiny 2008 - El Nido


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz tam więcej fotek)

Witam,

Nie ma dziś siły pisać, bo w zasadzie to mnie nie, ma gdyż pożarły mnie żywcem komary. Momentami mam wrażenie, że jest gorzej niż na Mazurach w 2001 r, gdzie jak rzucaliśmy lotką do tarczy, to po drodze nadziewaliśmy na nią 5 wściekłych samiczek. Ale nie o tym miało być.

Napisze Wam dlaczego się jeszcze Krzyśkowi, tu tak bardzo podoba - bo wszędzie mówią do niego Sir (w Indiach tez mówili i nie wiem dlaczego mu nie przypadły do gustu, ha, ha). Do kobiet mówi się Madame i to też jest fajne, choć często brzmi jak Mam czyli po prostu - Ty Mamuśka, chcesz coś kupić? No i wtedy już nie czujesz się jak Lady tylko z goła inaczej. Ale najfajniejszą Madame poznaliśmy w El Nido - to była nasza gospodyni -Japonka, która sprawiła, że mimo iż jej pensjonat był za miastem i szło się do niego przez cmentarz, to naprawdę, chciało się tam u niej być i z nią codziennie wieczorem palić ognisko i rozmawiać. Jak kiedykolwiek będziecie się tu wybierać, to musicie ją odwiedzić. Jest jak u Mamy.
Tak jest w El Nido, gdzie dotarliśmy w poniedziałek, drogą morską, po 7 godz, płynięcia "banca" ichniejszą łódką. Gość co nam sprzedawał bilety, mówił Krzyśkowi, że to duża lódź - jest toaleta i "storage department" - nie jestem Wam w stanie tego opisać ale jak zobaczycie zdjęcia, to będziecie wiedzieli dlaczego nie zdecydowaliśmy się na podróż na Wyspe Busuanga - drugiego takiego "razu" Krzysiek by nie przeżył.
Za to przez ostatnie 4 dni w El Nido to:
- opalaliśmy się na plaży nudystów, gdzie pilnowała nas straż przybrzeżna
- byliśmy na wycieczce z 5 studentami z Korei zwanej Hooping Island, czyli skakanie z wyspy na wyspę. Coś o studentach -każdy student ma obowiązkowo aparat Nikona i cały czas robi zdjęcia, żeby sobie potem obejrzeć gdzie był, bo jak jest w tym miejscu, to nie ma czasu go oglądać, bo cały czas robi zdjęcia i musi ustawić aparat, dobrze wykadrować i jeszcze obowiązkowo zawsze zrobić jedno ujęcie 2 razy jakby coś nie wyszło, nam też tak robili.
- nurkowaliśmy na rafach z Sea Dog Diving i gościem, który codziennie płynie łódką pół godziny do miasta, bo mieszka ze swoją dziewczyną w zatoczce, gdzie mają psa i kota i genarator prądu i takie tam małe udogodnienia potrzebne do codziennej egzystencji. Najciekawsze jest jednak to, że ta Holenderska parka jest w naszym wieku - i w sumie nie wiem czy to już czas się wycofać ze świata czy tylko oni tak mają.
- i w końcu dzisiaj od godz 7 do 16 jechaliśmy do Puerta Princessa tym razem autobusem dla białasów. To było naprawdę fajne, bo niby każdy miał swoje miejsce, (chociaż mnie w nogi chciał się dosiąść przez chwilę jeden lokal), to miejsca, były oczywiście przygotowanie tak, żeby się zmieściły 3 dostawki. Jechaliśmy, więc sobie tak fajnie poskładani, klima oczywiście wysiadła, bo przeszorowaliśmy kilka razy podwoziem o kamole a ja sobie wtedy pomyślałam, że każdy z tych poskręcanych w makaron białasów ma domu jakąś wypasioną furę i pewnie przez cały czas sobie o niej myśli - jako i ja zatęskniłam do mojej Czekoladki a już na pewno Krzysiek do swojej BM-usi.
Póki co, jutro przesiadamy się na samolot i lecimy na Cebu, żeby zobaczyć inne Filipiny. Tam podobno jest jakiś straszny wypas - tak pisze w BOOK.
Na razie, więc pozdrawiam z Badjao Inn i oczywiście Krzysiek też Was pozdrawia, tyle, że chwilowo poszedł oglądać HBO do pokoju. Trochę kultury mu nie zaszkodzi.
Anka

niedziela, 9 listopada 2008

Filipiny 2008 - Sabang



(kliklij na zdjęcie a znajdziesz więcej fotosów)

Witam, witam,
Dzięki za komentarze i cieszę się, że czytacie, bo tak głupio pisać do samej siebie. Chyba.

Już trochę podżyliśmy w tej naszej podróży, bo cały czas z transportem idzie jakby po grudzie ale potem znowu gładko. Jak już wiecie po skasowanym samolocie dolecieliśmy w końcu do Puerta Princessa i tam spaliśmy w Malona Hotel i Restaurant za 1200 "wariatów" (jak na wszystkie zagraniczne pieniądze mówi Paszczak, co się świetnie przyjęło, bo kto by spamiętał te wszystkie waluty świata). Hotelu nie polecam, bo stary. Tutaj stary równa się - niedomyty i nie ma znaczenia czy są kafelki, basen, TV i AC - jest stary i już. Do tego nockę miałam przednią, bo szczęśliwie napiwkowany Krzyś chrapał obok mnie a ja się przestawiłam i spędziłam noc na oglądaniu "Gliniarza w przedszkolu", słuchaniu karaoke z pobliskiego baru, a po skończonych występach narąbanych angoli słuchałam piana niezliczonej ilości kogutów, które chyba z całych Filipin akurat się zjechały aby utulić mnie do snu.
Ale nic to, bo rano czekała nas 5 godzinna podróż autobusem do Sabang, którą straszyła nas nieco recepcjonistka, mówiąc, że cały czas lalo i drogi są słabo przejezdne. Więc wystartowaliśmy o 6 rano na dworzec PKS-u i o tej porze byliśmy tam jedynymi białymi, potem przyjechali jeszcze inni ale nie wybierali się w naszym kierunku. Trochę na nas lokale dziwnie patrzyli ale my twardo, że chcemy jechać na pewno tym autobusem, w to miejsce. Jak już zapakowało się do odpowiednika naszego mini-busa 23 osoby dorosłe, 6 dzieci i 2 szczeniaki okazało się że jest oprócz nas jeszcze dwójka Włochów - nieco przerażonych i 1 Niemiec zupełnie na luzie. Ruszyliśmy i jedziemy, myślę sobie trochę ciasno, bo między nogami mamy ze 20 worków ryżu ale jak na razie jest, ok. Droga prosta jak stół, dzieci śpią, wszyscy się uśmiechają do nas, my do nich i tak sobie jedziemy, jedziemy, droga się trochę pogarsza ale i tak jest o niebo lepsza jak w czasach mojego dzieciństwa koło Rancza na wsi u moich Dziadków, więc jedziemy i nagle koniec. Dojechaliśmy! Po 2,5 godz. byliśmy na miejscu, bez żadnych przepraw przez rwące rzeki, gum, korków, napadów! NIC! Musze przyznać, że trochę byłam rozczarowana ale za to Sabang mi to "rozczarowanie" wynagrodziło.
Jest tam piękna piaszczysta plaża - jak na Helu, cieplutka lazurowa woda - jak nie na Helu, 1 fajny drogi hotel i kilka "resotrów" dla lonleyplanet'owców (Ania, Grażyna, Agnisia, Krzyś i Maciek na pewno wiedzą co mam na myśli).
Przyjemnie, ciepło, słonecznie, oczywiście Krzysiek natychmiast znalazł plażę naturystów i opalaliśmy zgodnie z zaleceniem Asi Z. gołe pupy. A wieczorem, no jakżeby mogło być inaczej z Krzyśkiem Szczęściarzem - właściciel naszego "resortu" (tym razem to zrobiliśmy i spaliśmy z zaleceniem BOOK czyli przewodnika Lonley Planet), miał urodziny. Bez komentarza.
A może jednak mały: Facet się nie spodziewał, ze biały może wypić tyle piwa ale trudno, u nich też jest "zastaw się a postaw się". Tak czy inaczej grilowany tuńczyk był wyborny.
"Resort" nazywa się Mary's i jak się domyślacie jest STARY. Tyle, że dodatkowo nie ma ani basenu, ani AC ani wiatraków, bo prąd jest od 18-24-tej, ale za to miał hamaki przed domkami z przecudnym widokiem na zatokę.
A zapomniałam Wam napisać po co tam przyjechaliśmy - żeby zobaczyć rzekę - najdłuższą na świecie podziemną rzekę żeglowną, która ubiega się o wpis na listę "Siedmiu nowych cudów świata". Była naprawdę ciekawa. Widzieliśmy różne formacje stalaktytowo-stalagmitowe: Matkę Boską, Kaczyńskiego, ogromne banany, mango i ogórki. Krzysiek co jakiś czas widział penisy ale to normalne bo większości facetom się tak kojarzą tego typu nacieki skalne.
Koniec. Potwornie się dziś rozpisałam ale wybaczcie, bo internet nam za darmo. Jesteśmy na miejscówce nadanej mam przez pp. Wcisłów w El Nido. Pani właściciel Was pamięta i serdecznie pozdrawia

jako i ja wszystkich
i oczywiście Krzysiek - sam przyszedł i kazał mi to napisać i znowu poszedł do ogniska, bo tam z gospodynią sobie opowiadają historyjki o Japonii, chyba?

piątek, 7 listopada 2008

Filipiny 2008 - HK i Manila


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz więcej fotek)

jeszcze nie wiem jak jest cześć po filipińsku,
a więc cześć
po polsku

Manila,
Wczoraj Krzysiek orzekł, że jest w raju. Jedynie czego mu tak naprawdę brakuje to męskiego towarzystwa, wtedy by dopiero się czul jak Gluś w wodzie. Jak na razie to chyba trochę oboje jesteśmy nie na miejscu - myślę o podróżowaniu w czasie - ja, bo już nie mam -nastu lat (jak Filipinki do towarzystwa białych) a on, bo jeszcze nie ma 60 lat jak panowie, którzy płaca za towarzystwo i seks tutejszych NAPRAWDE przepięknych dziewczyn.
Obawiam się, że z ich cieniem przyjdzie nam się mierzyć przez cały czas tutejszego pobytu.

Ale wróćmy do Malili. Byliśmy tam jedynie przez jedno popołudnie - i co - bardzo czyste miasto. Nawet jak przejeżdżaliśmy taksówką przez slumsy - ulice były pozamiatane. Żadnych śmieci, butelek plastikowych, krowich odchodów i innych niespodzianek. Oczywiście wieczorem biedota rozkładała się na chodnikach z całym swoim dobytkiem i prześlicznymi dziećmi ale ulice naprawdę są czyste. Trudno mi powiedzieć co ze zwiedzaniem, bo zabroniono nam wychodzić po zmroku na miasto. Szczególnie taksówkarz zwracał się w tej kwestii do mnie i o ile dobrze go zrozumiałam to nie powinnam puszczać na miasto samego Krzyśka a nie odwrotnie (chociaż teraz już się nie stosuje do tego zalecenia, bo go nie ma aktualnie od godziny - o wrócił, tak szybko?). Tak, więc w kwestii zwiedzania napisze lub opowiem Wam jak wrócę, podobno jednak nie ma tu wiele rzeczy do zobaczenia za wyjątkiem Parku Rizala (bohatera narodowego) oraz Intramuros czyli starego miasta, zbudowanego przez kolonizatorów hiszpańskich. My jednak mieliśmy niewiele czasu i doszliśmy jedynie do nowo otwartego Parku Oceanicznego, którego największą atrakcją było Fish Spa czyli obgryzanie skórek ze stóp przez małe rybki. Zajefajne uczucie. Początek oczywiście był ciężki, bo trudno się było przyzwyczaić przez pierwsze 5 min do ich łaskotania ale potem juz było zupełnie fajnie. To tyle o Manili.
Reszta po powrocie.
A, jeszcze coś o Manili. Maja tu bardzo fajne mini busy zwane jeepney. Nie mogłam się oprzeć żeby robić im zdjęcia i ciągle wydawało mi się, że zrobiłam za mało.

Palawan - Puerta Princessa
Jak na razie to chwilowo dostaję tu rozstroju mózgowego, bo w tej internetowej knajpie, w której właśnie siedzę i piszę do Was cały czas gra ostry metal. Mnie zwolenniczce - kobiecej muzyki - A.M Jopek, Shade czy Dido - to TROCHĘ przeszkadza. Ale co tam, musze dać rade.
Niestety tu pada deszcz, podobno jakiś monsun czy tajfun przyszedł skądeś-tam i ma padać. Miasteczko jest brzydkie ale ma bardzo fajne pamiątki i aż szkoda, że to początek naszej podróży, bo kupilibyśmy kilka metrowych masek do domu. Zdecydowaliśmy jednak, że nie zostajemy tu dłużej, bo za dużo pokus (jakie by one nie były) i jutro wybieramy się zobaczyć podziemną rzekę a potem może nam się uda dojechać do El Nido - tutejszego raju. Jak sami wiecie rajów jest wiele, więc mamy nadzieję, że ten nie będzie naszym ostatecznym.
Musze już kończyć, bo oszaleję z tą muzą a Krzysiek się zapije or .... w barze obok.
Pozdrawiam wszystkich
Anka

ps Nie latajcie Seair, bo odwołują loty. Tak naprawdę teraz mieliśmy być na Coron.

czwartek, 1 listopada 2007

Tajlandia 2007 - Hong Kong i Singapur


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz tam więcej fotek)



Hong Kong i Singapur


Plan był taki – opiszę te dwa miasta razem , bo pewnie są podobne w swojej historii „bezpaństwowości”, wielkości, strukturze gospodarczo-społecznej. I co? Nie mogę.
Po pierwsze – Hong Kong to drugie po Katowicach miejsce na świecie, w którym moglibyśmy mieszkać, w związku z tym mamy do niego bardzo ciepły stosunek co niestety rzutuje na obiektywną opinię o Singapurze.
Po drugie – w Singapurze byliśmy tylko 10 godz a w Hong Kongu tym razem 3 dni. Więcej argumentów nie będę wymieniać, bo te dwa i tak wystarczą.

Singapur – współczesne państwo-miasto ma fantastyczne lotnisko, na którym spędziliśmy większość z tych dziesięciu godzin. Są oczywiście sklepy i bary ale co bardzo przyjemne – mały ogólnodostępny hotelowy basen, salon masażu oraz siłownia. Infrastruktura jest tak pomyślana, żeby ludzie czekający na następny wielogodzinny lot mogli się zrelaksować nie tylko, jak wszędzie na kupowaniu ale także na przyjemnościach dla ciała. Pomysł godny skopiowania ale niestety europejskim lotniskom jest bardzo daleko do nowoczesnych azjatyckich terminali w Tokio, Hong Kongu czy w Bangkoku (oddany od 10 miesięcy). Singapur dba o podróżników i o swój wizerunek jeszcze w inny sposób – organizuje bezpłatne dwugodzinne wycieczki autokarowe po mieście – coś niesamowitego jak azjaci się potrafią organizować w tej turystyce. Przylatujesz na lotnisko i jak masz trochę czasu zapisujesz się na objazdówkę po sercu Singapuru. Z okien autobusu możesz zobaczyć China Town – bardzo piękne domki, Little India – z mnóstwem małych sklepików, ogromy port przeładunkowy, wieżowce wielkich korporacji i elegancką dzielnicę willową. Pan przewodnik najpierw opowiada trochę o lotnisku i sponsorach wycieczki a potem już tylko o samym Singapurze, bardzo przyjemnie.

Tak sobie myślę, że mam niedosyt tego miasta i może jak kiedyś będziemy lecieć do Australii to sobie tam zrobimy przerwę na noc – może być fajnie w tych knajpkach nad rzeką, które widzieliśmy z okien autobusu!

Hong Kong – trochę trudno mi o nim pisać, bo byłam tam trzeci raz i pierwsze wrażenia się już zatarły, ustępując trochę miejsca tzw. „naszym miejscom”. Rozumiem jednak Krzyśka, który po trzech miesiącach od powrotu z Hong Kongu zaczyna za nim tęsknić. Zeznaje co prawda, że tęskni głównie za jedzeniem – ale kto go tam wie, może jakaś miła dziewczyna z Pigalaka pod Hotelem Regal przyciąga go jak magnes każdego wieczora w tamten skwer. Jedno jest pewne Hong Kong to fantastyczne miejsce – mieszanka Azji i Europy.
Ogromna biznesowa dzielnica na samej wyspie Hong Kong ze swoją luksusową dzielnicą mieszkalną na Victoria Peak i Kowloon z mieszkańcami wszystkich ras i wyznań, którzy sprzedają przeróżne wytwory swojej kultury – poczynając od „nice situtów” kończąc na ośmiornicach na patyku. Nie sposób tego opisać. Tak samo trudno jest opisać dwa najpiękniejsze nocne widoki – w Hong Kongu – z Victoria Peak na miasto i zatokę i z Kowloonu na wyspę Hong Kong i zatokę.

Nie piszę już więcej, bo wydaje mi się, że swoimi zachwytami mogę Was uprzedzić do miejsc, które na pewno warto zobaczyć i mimo że to jest tylko miasto warto tu spędzić 3 dni, żeby pooglądać okolice i posiedzieć wieczorem na nadbrzeżu gwiazd gapiąc się na oświetlone drapacze chmur Hong Kongu.

ps. Ale mi wyszło romantycznie, nie?