niedziela, 9 listopada 2008

Filipiny 2008 - Sabang



(kliklij na zdjęcie a znajdziesz więcej fotosów)

Witam, witam,
Dzięki za komentarze i cieszę się, że czytacie, bo tak głupio pisać do samej siebie. Chyba.

Już trochę podżyliśmy w tej naszej podróży, bo cały czas z transportem idzie jakby po grudzie ale potem znowu gładko. Jak już wiecie po skasowanym samolocie dolecieliśmy w końcu do Puerta Princessa i tam spaliśmy w Malona Hotel i Restaurant za 1200 "wariatów" (jak na wszystkie zagraniczne pieniądze mówi Paszczak, co się świetnie przyjęło, bo kto by spamiętał te wszystkie waluty świata). Hotelu nie polecam, bo stary. Tutaj stary równa się - niedomyty i nie ma znaczenia czy są kafelki, basen, TV i AC - jest stary i już. Do tego nockę miałam przednią, bo szczęśliwie napiwkowany Krzyś chrapał obok mnie a ja się przestawiłam i spędziłam noc na oglądaniu "Gliniarza w przedszkolu", słuchaniu karaoke z pobliskiego baru, a po skończonych występach narąbanych angoli słuchałam piana niezliczonej ilości kogutów, które chyba z całych Filipin akurat się zjechały aby utulić mnie do snu.
Ale nic to, bo rano czekała nas 5 godzinna podróż autobusem do Sabang, którą straszyła nas nieco recepcjonistka, mówiąc, że cały czas lalo i drogi są słabo przejezdne. Więc wystartowaliśmy o 6 rano na dworzec PKS-u i o tej porze byliśmy tam jedynymi białymi, potem przyjechali jeszcze inni ale nie wybierali się w naszym kierunku. Trochę na nas lokale dziwnie patrzyli ale my twardo, że chcemy jechać na pewno tym autobusem, w to miejsce. Jak już zapakowało się do odpowiednika naszego mini-busa 23 osoby dorosłe, 6 dzieci i 2 szczeniaki okazało się że jest oprócz nas jeszcze dwójka Włochów - nieco przerażonych i 1 Niemiec zupełnie na luzie. Ruszyliśmy i jedziemy, myślę sobie trochę ciasno, bo między nogami mamy ze 20 worków ryżu ale jak na razie jest, ok. Droga prosta jak stół, dzieci śpią, wszyscy się uśmiechają do nas, my do nich i tak sobie jedziemy, jedziemy, droga się trochę pogarsza ale i tak jest o niebo lepsza jak w czasach mojego dzieciństwa koło Rancza na wsi u moich Dziadków, więc jedziemy i nagle koniec. Dojechaliśmy! Po 2,5 godz. byliśmy na miejscu, bez żadnych przepraw przez rwące rzeki, gum, korków, napadów! NIC! Musze przyznać, że trochę byłam rozczarowana ale za to Sabang mi to "rozczarowanie" wynagrodziło.
Jest tam piękna piaszczysta plaża - jak na Helu, cieplutka lazurowa woda - jak nie na Helu, 1 fajny drogi hotel i kilka "resotrów" dla lonleyplanet'owców (Ania, Grażyna, Agnisia, Krzyś i Maciek na pewno wiedzą co mam na myśli).
Przyjemnie, ciepło, słonecznie, oczywiście Krzysiek natychmiast znalazł plażę naturystów i opalaliśmy zgodnie z zaleceniem Asi Z. gołe pupy. A wieczorem, no jakżeby mogło być inaczej z Krzyśkiem Szczęściarzem - właściciel naszego "resortu" (tym razem to zrobiliśmy i spaliśmy z zaleceniem BOOK czyli przewodnika Lonley Planet), miał urodziny. Bez komentarza.
A może jednak mały: Facet się nie spodziewał, ze biały może wypić tyle piwa ale trudno, u nich też jest "zastaw się a postaw się". Tak czy inaczej grilowany tuńczyk był wyborny.
"Resort" nazywa się Mary's i jak się domyślacie jest STARY. Tyle, że dodatkowo nie ma ani basenu, ani AC ani wiatraków, bo prąd jest od 18-24-tej, ale za to miał hamaki przed domkami z przecudnym widokiem na zatokę.
A zapomniałam Wam napisać po co tam przyjechaliśmy - żeby zobaczyć rzekę - najdłuższą na świecie podziemną rzekę żeglowną, która ubiega się o wpis na listę "Siedmiu nowych cudów świata". Była naprawdę ciekawa. Widzieliśmy różne formacje stalaktytowo-stalagmitowe: Matkę Boską, Kaczyńskiego, ogromne banany, mango i ogórki. Krzysiek co jakiś czas widział penisy ale to normalne bo większości facetom się tak kojarzą tego typu nacieki skalne.
Koniec. Potwornie się dziś rozpisałam ale wybaczcie, bo internet nam za darmo. Jesteśmy na miejscówce nadanej mam przez pp. Wcisłów w El Nido. Pani właściciel Was pamięta i serdecznie pozdrawia

jako i ja wszystkich
i oczywiście Krzysiek - sam przyszedł i kazał mi to napisać i znowu poszedł do ogniska, bo tam z gospodynią sobie opowiadają historyjki o Japonii, chyba?

piątek, 7 listopada 2008

Filipiny 2008 - HK i Manila


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz więcej fotek)

jeszcze nie wiem jak jest cześć po filipińsku,
a więc cześć
po polsku

Manila,
Wczoraj Krzysiek orzekł, że jest w raju. Jedynie czego mu tak naprawdę brakuje to męskiego towarzystwa, wtedy by dopiero się czul jak Gluś w wodzie. Jak na razie to chyba trochę oboje jesteśmy nie na miejscu - myślę o podróżowaniu w czasie - ja, bo już nie mam -nastu lat (jak Filipinki do towarzystwa białych) a on, bo jeszcze nie ma 60 lat jak panowie, którzy płaca za towarzystwo i seks tutejszych NAPRAWDE przepięknych dziewczyn.
Obawiam się, że z ich cieniem przyjdzie nam się mierzyć przez cały czas tutejszego pobytu.

Ale wróćmy do Malili. Byliśmy tam jedynie przez jedno popołudnie - i co - bardzo czyste miasto. Nawet jak przejeżdżaliśmy taksówką przez slumsy - ulice były pozamiatane. Żadnych śmieci, butelek plastikowych, krowich odchodów i innych niespodzianek. Oczywiście wieczorem biedota rozkładała się na chodnikach z całym swoim dobytkiem i prześlicznymi dziećmi ale ulice naprawdę są czyste. Trudno mi powiedzieć co ze zwiedzaniem, bo zabroniono nam wychodzić po zmroku na miasto. Szczególnie taksówkarz zwracał się w tej kwestii do mnie i o ile dobrze go zrozumiałam to nie powinnam puszczać na miasto samego Krzyśka a nie odwrotnie (chociaż teraz już się nie stosuje do tego zalecenia, bo go nie ma aktualnie od godziny - o wrócił, tak szybko?). Tak, więc w kwestii zwiedzania napisze lub opowiem Wam jak wrócę, podobno jednak nie ma tu wiele rzeczy do zobaczenia za wyjątkiem Parku Rizala (bohatera narodowego) oraz Intramuros czyli starego miasta, zbudowanego przez kolonizatorów hiszpańskich. My jednak mieliśmy niewiele czasu i doszliśmy jedynie do nowo otwartego Parku Oceanicznego, którego największą atrakcją było Fish Spa czyli obgryzanie skórek ze stóp przez małe rybki. Zajefajne uczucie. Początek oczywiście był ciężki, bo trudno się było przyzwyczaić przez pierwsze 5 min do ich łaskotania ale potem juz było zupełnie fajnie. To tyle o Manili.
Reszta po powrocie.
A, jeszcze coś o Manili. Maja tu bardzo fajne mini busy zwane jeepney. Nie mogłam się oprzeć żeby robić im zdjęcia i ciągle wydawało mi się, że zrobiłam za mało.

Palawan - Puerta Princessa
Jak na razie to chwilowo dostaję tu rozstroju mózgowego, bo w tej internetowej knajpie, w której właśnie siedzę i piszę do Was cały czas gra ostry metal. Mnie zwolenniczce - kobiecej muzyki - A.M Jopek, Shade czy Dido - to TROCHĘ przeszkadza. Ale co tam, musze dać rade.
Niestety tu pada deszcz, podobno jakiś monsun czy tajfun przyszedł skądeś-tam i ma padać. Miasteczko jest brzydkie ale ma bardzo fajne pamiątki i aż szkoda, że to początek naszej podróży, bo kupilibyśmy kilka metrowych masek do domu. Zdecydowaliśmy jednak, że nie zostajemy tu dłużej, bo za dużo pokus (jakie by one nie były) i jutro wybieramy się zobaczyć podziemną rzekę a potem może nam się uda dojechać do El Nido - tutejszego raju. Jak sami wiecie rajów jest wiele, więc mamy nadzieję, że ten nie będzie naszym ostatecznym.
Musze już kończyć, bo oszaleję z tą muzą a Krzysiek się zapije or .... w barze obok.
Pozdrawiam wszystkich
Anka

ps Nie latajcie Seair, bo odwołują loty. Tak naprawdę teraz mieliśmy być na Coron.

czwartek, 1 listopada 2007

Tajlandia 2007 - Hong Kong i Singapur


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz tam więcej fotek)



Hong Kong i Singapur


Plan był taki – opiszę te dwa miasta razem , bo pewnie są podobne w swojej historii „bezpaństwowości”, wielkości, strukturze gospodarczo-społecznej. I co? Nie mogę.
Po pierwsze – Hong Kong to drugie po Katowicach miejsce na świecie, w którym moglibyśmy mieszkać, w związku z tym mamy do niego bardzo ciepły stosunek co niestety rzutuje na obiektywną opinię o Singapurze.
Po drugie – w Singapurze byliśmy tylko 10 godz a w Hong Kongu tym razem 3 dni. Więcej argumentów nie będę wymieniać, bo te dwa i tak wystarczą.

Singapur – współczesne państwo-miasto ma fantastyczne lotnisko, na którym spędziliśmy większość z tych dziesięciu godzin. Są oczywiście sklepy i bary ale co bardzo przyjemne – mały ogólnodostępny hotelowy basen, salon masażu oraz siłownia. Infrastruktura jest tak pomyślana, żeby ludzie czekający na następny wielogodzinny lot mogli się zrelaksować nie tylko, jak wszędzie na kupowaniu ale także na przyjemnościach dla ciała. Pomysł godny skopiowania ale niestety europejskim lotniskom jest bardzo daleko do nowoczesnych azjatyckich terminali w Tokio, Hong Kongu czy w Bangkoku (oddany od 10 miesięcy). Singapur dba o podróżników i o swój wizerunek jeszcze w inny sposób – organizuje bezpłatne dwugodzinne wycieczki autokarowe po mieście – coś niesamowitego jak azjaci się potrafią organizować w tej turystyce. Przylatujesz na lotnisko i jak masz trochę czasu zapisujesz się na objazdówkę po sercu Singapuru. Z okien autobusu możesz zobaczyć China Town – bardzo piękne domki, Little India – z mnóstwem małych sklepików, ogromy port przeładunkowy, wieżowce wielkich korporacji i elegancką dzielnicę willową. Pan przewodnik najpierw opowiada trochę o lotnisku i sponsorach wycieczki a potem już tylko o samym Singapurze, bardzo przyjemnie.

Tak sobie myślę, że mam niedosyt tego miasta i może jak kiedyś będziemy lecieć do Australii to sobie tam zrobimy przerwę na noc – może być fajnie w tych knajpkach nad rzeką, które widzieliśmy z okien autobusu!

Hong Kong – trochę trudno mi o nim pisać, bo byłam tam trzeci raz i pierwsze wrażenia się już zatarły, ustępując trochę miejsca tzw. „naszym miejscom”. Rozumiem jednak Krzyśka, który po trzech miesiącach od powrotu z Hong Kongu zaczyna za nim tęsknić. Zeznaje co prawda, że tęskni głównie za jedzeniem – ale kto go tam wie, może jakaś miła dziewczyna z Pigalaka pod Hotelem Regal przyciąga go jak magnes każdego wieczora w tamten skwer. Jedno jest pewne Hong Kong to fantastyczne miejsce – mieszanka Azji i Europy.
Ogromna biznesowa dzielnica na samej wyspie Hong Kong ze swoją luksusową dzielnicą mieszkalną na Victoria Peak i Kowloon z mieszkańcami wszystkich ras i wyznań, którzy sprzedają przeróżne wytwory swojej kultury – poczynając od „nice situtów” kończąc na ośmiornicach na patyku. Nie sposób tego opisać. Tak samo trudno jest opisać dwa najpiękniejsze nocne widoki – w Hong Kongu – z Victoria Peak na miasto i zatokę i z Kowloonu na wyspę Hong Kong i zatokę.

Nie piszę już więcej, bo wydaje mi się, że swoimi zachwytami mogę Was uprzedzić do miejsc, które na pewno warto zobaczyć i mimo że to jest tylko miasto warto tu spędzić 3 dni, żeby pooglądać okolice i posiedzieć wieczorem na nadbrzeżu gwiazd gapiąc się na oświetlone drapacze chmur Hong Kongu.

ps. Ale mi wyszło romantycznie, nie?

wtorek, 23 października 2007

Tajlandia 2007 - Phuket


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz tam więcej fotek)

23 – 31 październik 2007 - Phuket

Posiedzieliśmy jeszcze trochę na Koh Pee Pee. W zasadzie dłużej niż w drugiej pierwotnej wersji zakładaliśmy, bo z powodu pogody mamy już kilkadziesiąt różnych wersji pt ….. No to co robimy?.... Wiadomo, nie jest łatwo podjąć decyzję, bo codziennie nam się wydaje, że już się wypadało i jutro będzie lepiej, jutro się okazuje, że g…. prawda i tak w kółko Macieju.

Skrót wydarzeń z Koh Pee Pee:
• Wycieczka dookoła Koh Pee Pee Lay – pada,
• Wycieczka dookoła Koh Pee Pee Don – pada ale tylko pod koniec,
• Spotykamy Warszawiaków, którzy mówią, że na Phukecie jest ohydnie, więc zostajemy kolejne 2 dni na Koh Pee Pee,
• Nurkowanie na King Cruser i Anamone Reef – leje i napierdziela wiatrem, mnie przewiewa uszy i nie schodzę drugi raz pod wodę, Krzyśka zaczyna chwytać małe lumbago. Oczywiście nie muszę dodawać, że pod wodą nic nie widać, bo to przecież Morze Andamańskie.
• W tym samym dniu co my nurkujemy – Martin i Jakimiak cały dzień oglądają filmy na kablówce: Martin z nudów-bo pada, Krzyś, bo wrócił o 8 rano i nie chce pamiętać co wypił poprzedniej nocy. Nam wystarczy informacja od pana z internetu, że nasz kolega fajnie potrafi tańczyć na plaży po piasku.
• Wyjeżdżamy na Phuket – na Koh Pee Pee zmienia się pogoda i żegna nas przyjemnym słoneczkiem.

A teraz siedzę sobie w bardzo przyjemnym hoteliku przy plaży Ao Kata na Wyspie Phuket i z balkonu obserwuję spacerujących w oddali po plaży Rosjan. Skąd wiem, że to Rosjanie, nie wiem ale 80 procent turystów na tej wyspie mówi po rosyjsku. Pobudowali dla nich fajne hotele i pozakładali sklepy z „elegancką” odzieżą, gdzie za 2 garnitury, 2 garsonki i suknię wieczorową płaci się 99 euro. Teraz sobie tu nasi sąsiedzi przyjeżdżają odpoczywać. A co, stać ich na 5 gwiazdek jak zaoszczędzą na ciuchach prosto od Armatniego. My też się trochę lepiej czujemy jak popatrzymy na te swojskie m… i w dodatku rozumiemy o czym sobie tak opowiadają przy restauracyjnych stolikach. A restauracji i barów i wszystkiego jest tutaj nieskończenie mnóstwo. Wyspa została „odkryta” przez hipisów w latach 70 i niestety zaraz krótko potem Królestwo zaczęło korzystać z dobrodziejstw turystyki. Można powiedzieć, że już drugie pokolenie z tego żyje i niestety to się odczuwa. Krzyśka chcieli orżnąć na stacji benzynowej na 100 bhatów a mnie prawdopodobnie okradła z bransoletki masażystka. Nie złapałam jej za rękę ale wszystko na to wskazuje i powiem szczerze, że dawno nie miałam z taką sytuacją do czynienia i trudno mi się z nią pogodzić. Krzysiek powiedział, że jak tak często mi będą ginęły prezenty od niego to następnym razem na prezent mi kupi tatuaż Zresztą nie ja jedyna coś straciłam, bo tradycji stało się zadość i Martinowi ukradli po raz drugi w Tajlandii klapki. Może tu jest tak z tymi klapkami jak w Japonii z parasolami, jak się komuś podobają to je bierze i idzie dalej, a jak się znudzą to zostawia w innym miejscu. No nie wiem, ale nasze umiłowanie własności bardzo na tym cierpi i trudno się nam z tym pogodzić.

Wrócili chłopcy z wycieczki skuterowej, bo chwilowo nie padało. Zobaczyli: kramy, kramy, kramy i kramy. Dojechali do sąsiedniej plaży Ao Karon pod 15 piętrowy hotel i wrócili zakupując piwko. Teraz im czytam co Wam napisałam a oni komentują i obserwują budową tutejszej fauny. Wnioski – liście roślin są szerokie, żeby łapać jak najwięcej wody i przetransportować ją do korzeni. I tym interesującym przyrodniczym akcentem żegnamy Państwa z pokoju 203 w Orichidacea Hotel.

Anka, Krzysiek, Martin i Krzysiek J.

PS. Jutro idziemy pojeździć na słoniach, a co też trochę możemy zaznać tej turystycznej ściemy. Żyje się raz.

PS 2 Nie byliśmy na słoniach, bo mieliśmy okazję w ostatni dzień być pierwszy raz przez kilka godzin na plaży.

Tajlandia 2007 - Koh Pee Pee


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz tam więcej fotek)

23 – 28 październik 2007 - Koh Pee Pee

Od 4 dni okupujemy razem z innymi bagpackami ( no, nie tylko) przepiękną wysepkę Koh Pee Pee. Pewnie kiedyś – zanim najechało się tylu turystów było fajniej, bo spokojniej ale teraz też można nieźle odpocząć. W tej chwili jest jeszcze przed sezonem i nie ma takiego tłumu ale nie wyobrażam sobie jak tu może być w Boże Narodzenie jak każda knajpa ma stoliki przygotowane co najmniej na 100 osób. Już teraz w średnich hotelach nie zawsze bez uprzedzenia (przynajmniej jednodniowego) można znaleźć wolny pokój, na szczęście w większości przypadków nam się to udaje i możemy spokojnie sypiać ani nie przepłacając ani co gorsza nie śpiąc w drewnianych chatkach, z różnymi „fajnymi” robalami.
v Wracając jednak do Koh Pee Pee: to są dwie wysypy – jedna Koh Pee Pee Don – zamieszkana, z infrastrukturą hotelową a druga dzika Koh Pee Pee Lay to Park Narodowy, gdzie na dziko mieszkają zatwardziali hipisi. Tę drugą można zobaczyć w filmie „Niebiańska plaża”, który jest grany raz w tygodniu w okolicznych knajpkach.

Co najfajniejsze – są tu przecudne plaże z mięciutkim, białym piaseczkiem – tego oraz ogromnej ilości owoców morza – można im zazdrościć. Ogólnie ludzie są bardzo fajni, wszyscy się uśmiechają niewymuszonym uśmiechem, sklepikarze nie są zbyt nachalni w proponowaniu swoich produktów a dilerzy trawki dyskretnie proponują swoje usługi. Słowem luz.

Codzienne ich życie to praca w przemyśle turystycznym i celowo używam tu tego określenia – przemysł, bo wszystko tu działa jak w fabryce. Rano rybacy płyną na połowy aby popołudniu dostarczyć swoje zdobycze albo bezpośrednio do restauracji albo do punktu skupu na wodzie, gdzie ryby wrzuca się do ogromnych wanien z lodem, żeby dowieźć je na miejsce przeznaczenia. Jak oczywiście ma się ochotę można jako turysta załapać się na łowienie ryb i dodatkowo taki rybak kasuje 70 zł. za całodniową wycieczkę z wyżywieniem – nie wiem tylko czy je się jak coś się złowi czy jednak dadzą wędkarzowi jakiś ryż z jajkiem i czymś tam czyli Phad Thai. Potem restauracje wystawiają te złowione cuda – ryby, kraby, homary, małże i krewetki przed swoim wejściem i można sobie wybrać na kolację taki okaz jaki się komu podoba – inna sprawa, że nie wiadomo na pewno, czy podadzą na stół wybrany kawałek. Jeżeli nie ma się zaufania do kucharzy i nie jest się pewnym czy otrzymało się wybrany przez siebie kąsek, to można się zapisać na kilkudniowy kurs kuchni tajskiej i wtedy nie tylko widać co się je ale i można te smaki powtarzać w domu – pod warunkiem, że u okolicznych sklepikarzy zakupi się trochę niezbędnych przypraw.

Jak już się taki turysta naje i oczywiście napije (Singa – to tutejsze najlepsze piwo), może się zrelaksować na prawdziwym tajskim masażu, salonów masażu jest tutaj tyle ile restauracji. Na każdym rogu dziewczyny nawołują do skorzystania z ich usług i co jest tego następstwem – oczywiście możliwość ukończeni kursu masażu. Ja osobiście uważam, że zdecydowanie lepiej jest na taki kurs wysłać swoją drugą połówkę – bo nam samym się do niczego dobrego taki kurs nie przyda (no chyba, że mamy coś z nim lub nią do załatwienia).

Nie będę oczywiście pisać Wam o restauracjach, barach, pubach, dyskotekach, pizzeriach, jadłodajniach, blaszkach i przenośnych straganach z naleśnikami, Phad Thaiami i smażonym bóg-wie-czym, bo to jest historia do przewodnika kulinarnego ale jest różnie i zazwyczaj pysznie. Wszyscy, więc pracują albo w gastronomii albo w handlu albo w usługach – jako masażystki, praczki ( bo za 3,5 zł możesz sobie uprać kg brudnych ciuchów) albo w transporcie – a jest rzecz niespotykana w żadnym innym kraju w jakim byłam. Wystarczy wylądować na lotnisku w Bangkoku a całą Tajlandię można zwiedzić jakby się jechało z biurem podróży. Należy tam podejść do biura turystycznego a oni sprzedadzą Ci łączony bilet np. na autobus nocny z kuszetkami, który dojeżdża do promu, który płynie na wybraną wyspę. Jak się wykupi jeszcze chociaż pierwszy nocleg w średniej klasy hotelu – to umyślny wychodzi do portu i dowodzi pod samą recepcję, gdzie boy hotelowy odnosi bagaże do pokoju. No, jest to bajka. Żadnego błąkania się po dworcach, sprawdzania połączeń i szukania kas biletowych – zapłacone w jednym miejscu odstawione w inne. To jest naprawdę ORGANIZACJA TURYSTYKI. Tego się należy od nich tego uczyć albo po prostu skopiować i naśladować.

I tym optymistycznym akcentem oraz pomysłem na nowy biznes kończę i oczywiście pozdrawiam wszystkich w imieniu swoim i Krzyśka, Martina i Krzyśka J, którzy siedzą właśnie na basenie chociaż pada deszcz, bo pada i tak przez 4 godz. dziennie, więc się już przestaliśmy przejmować z której strony woda.

Anka

niedziela, 21 października 2007

Tajlandia 2007 - Ao Nang


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz tam więcej fotek)

21 – 23 październik 2007 – Krabi – Ao Nang

Od wczoraj siedzimy na „najpiękniejszej” plaży w okolicach Krabi – Ao Nang –Agnisia wie o co chodzi – zgroza – betonowe falochrony i mnóstwo sklepików i barów. Na szczęście nie ma jeszcze sezonu, który trwa tutaj od 1 listopada do ostatniego maja i turystów jest na razie mniej niż tubylców. Pogoda zdaje się potwierdzać termin wysokiego sezonu, bo teraz jest parno, bezsłonecznie i raz dziennie przez 2 godz. leje jak w Wietnamie w Forrescie Gumpie. Nie poddajemy się jednak i zapełniamy sobie czas jedzeniem, masażami, degustacją Singa Beer i jeżdżeniem na skuterkach. Nasz Hotel Vouge & Spa Resort jak w przypadku większości hoteli zamawianych przez internet jest trafiony w „10” tzn, jest drogi, usytuowany przy głównej hałaśliwej ulicy w środku miasteczka, morze widać tylko z drugiego piętra i to w odległości 2 km. Poza tym wszystko z nim ok. czyli czysto i miła obsługa – jak w Taju. Ponieważ wczoraj byliśmy z lekka zmęczeni, po pobycie w Hongkongu nic nie udało nam się zobaczyć – za to dzisiaj skuterami zwiedziliśmy całą okolicę. Wszędzie są poustawiane znaki, które informują gdzie jest droga ewakuacyjna w razie tsunami - mam tylko niejasne przeczucie, że nikt nie wie o co chodzi. Nas jako turystów nikt nie poinformował co oznacza tablica, która informuje że do drogi ewakuacyjnej jest np. 6 km. Na szczęście inny znak informuje, że gdy się ujrzy tsunami należy się dostać na najwyższy okoliczny punkt. Reasumując – wydali kasę na znaki i a tym się skończyło, reszta leży jak zwykle w gestii raczej boga niż ludzi. Mam nadzieję, że mieszkańcy nadbrzeża zostali przeszkoleni w tej kwestii, bo jak nie - to miało być dobrze a wyszło jak zwykle. Na szczęście dzięki Martinowi, który uwielbia jeździć na skuterze, udało nam się zobaczyć też fajne miejsce – plantację kokosów i drzew kauczukowych. Przez chwilę mieliśmy niejasne przeczucia, że z domu obok którego przejeżdżamy wyskoczy tutejszy farmer i zacznie do nas strzelać ale na szczęście to nie Ameryka i mimo, że ewidentnie jeździliśmy jego prywatną drogą, gość nie przerwał sobie sjesty, żeby nas przegonić. Niewątpliwie ten zakątek Tajlandii był kiedyś uroczy zanim nie przyjechał biały człowiek i nie zaczął podrywać Tajskich małolat i budować tych wszystkich niepotrzebnych hoteli – ale cóż – wszędzie się pchają te białasy a ich kasa nie śmierdzi biednym tubylcom. Jutro wyruszamy na hit tej części Tajlandii Ko Phi Phi – czyli „Niebiańską plażę”, podejrzewam, że nie spotkamy tam Leonarda di Caprio ale Krzyś Jakimiak ma nadzieję, że chociaż wyjrzy słońce, przed którym biedak nie ma żadnej ochrony bo skonfiskowali mu w Hongkongu jakiś cudowny olejek i jest od 2 dni wk….. na Chinoli.
Dobra kończę i idę to wysłać.
Pozdrawiamy serdecznie z Ao Nang.

Anka, Martin, Krzysiek i Krzysiek

PS.1
O Hongkongu napiszę później, bo nie miałam tam czasu.

PS 2
Pierwszy raz z Krzyśkiem wygraliśmy wybory – wniosek więcej nie głosujemy. Będziemy tylko oblewać sukcesy – tak jak to zamierzamy zrobić dzisiaj. Dziękujemy jednak wszystkim tym, którzy zagłosowali pod naszą nieobecność, bo w związku z Waszą patriotyczną postawą możemy spokojnie wracać do domu.

piątek, 19 października 2007

Tajlandia 2007

Termin 21 październik do 1 listopad 2007 r

Podróżnicy: Anka, Krzysiek, Krzysiek J. i Martin

Miejsca: Ao Nang, Koh Pee Pee, Phuket, Singapur

I znowu tu wracamy. Co prawda w troszkę innym składzie i w troszkę inne miejsca ale nas ciągnie. Zaobaczymy jak to jest w Taju jesienią.


poniedziałek, 10 września 2007

Arrivederci Italia

10 wrzesień 2007 – poniedziałek – Rzym – Londyn/Bochum/Katowice

• Przepysznym obiadkiem przyjęli nas stęsknieni panowie Zenek i Manfred To tyle komentarzy do naszego wyjazdu. Nie wiadomo gdzie nas w przyszłości oczy poniosą a poniosą na pewno. Jak robiłam rozeznanie gdzie dalej to oczywiście każda z nas miała inne marzenia. Na szczęście MARZENIA SIĘ SPEŁNAJĄ i wcześniej czy później dotrzemy tam gdzie chcemy DZIEWCZYNY.

Pozdrawiam
Arrivederci.

Anka

środa, 5 września 2007

Włochy 2007 - Rzym


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz tam więcej fotek)

5 września 2007 – środa – Florencja – Rzym


O Rzymie tak jak i o pozostałych miastach pewnie można by długo, więc wybaczcie ale nic nie zamierzam pisać o zabytkach- jak ktoś był to wie a jak nie był to i tak kiedyś musi pojechać, więc sam zobaczy.

• długi dojazd pociągiem ale ruskie już z nami nie jechały a tak, ruskie już się trochę zmęczyły po tych Wenecjach i Florencjach a poza tym pociąg jechał 4,5 godz. to im się nie chciało tak długo i głośno gadać
• Basilica św. Jana na Lateranie
• baptisterium
• święte schody z Jerozolimy nawet nam się udało na te schody na kolanach wejść, tylko nas wkurzyła jedna Turczynka, bo sobie to wszystko filmowała, ja oczywiście zamiast się modlić to w myślach ją opieprz..i tyle z mojej pokuty,
• kościół San Clemente – najstarszy w Rzymie
• Koloseum nocą i spacer przez park do „hotelu” jakby nam mało było chodzenia jeszcze wracałyśmy z Koloseum pieszo do naszego "hoteliku" - uwaga piętro 5 i 6 - na szczęście tym razem z windą.

6 września 2007 – czwartek – Rzym

• Piazza dell Poppollo
• Kościól Santa Maria dell Poppolo
• Ara Pacis – z zewnątrz
• Piazza Navona z pięknymi fontannami
• Muzeum Altemps
• Pantheon
• Piazza Campo di Fiori
• obiad w przepysznej sałatkowni ale nie zapamiętałam jej nazwy - niedaleko Campo di Fiori - dużo i smacznie
• Zatybrze – Kościół Santa Maria de Trastewere Zatybrze do tej pory cieszy się złą sławą i to nie dziwi - jak przed kościołem lumpy piorą sobie spodnie w fontannie -nie jestem pewna jednak czy ten lump nie był z Polski
• Wzgórza Janikulum w deszczu
• Palazzo Massimo alle Terme – rzeźba Dyskobol
• Kościół Santa Maria Maggiore – dla chętnych

7 września 2007 – piątek – Rzym

• Katakumby świętego Callisto
• Kościół św. Sebastiana
• Aqua Antiqua najstarsza droga wjazdowa do Rzymu a my na niej w upale czekamy na autobus, który nie wiadomo kiedy przyjedzie, bo nie ma rozkładu jazdy,
• Ołtarz Ojczyzny z zewnątrz
• powitanie Magdy nie widziałyśmy się 6 lat i udało się tak zaplanować to spotkanie, że Magda mogła zobaczyć nas wszystkie i swoją mamę chrzestną z kuzynką z Niemiec i swoje kuzynki z Londynu i Katowic i ciocię z Katowic i oczywiście Mamę i ciotki z Lublina, wiadomo łzy radości się lały rzęsiście
• Schody hiszpańskie bez światła akurat była awaria - pech - ale za to Fontanna di Trevi nas nie zawiodła - było mnóstwo światła i mnóstwo ludzi - niestety,
• Fontanna di Trevi

8 września 2007 – sobota – Watykan

• Katedra św. Piotra
• Muzea Watykańskie o zgrozo jak ktoś się nie boi kolejek to może tam przyjechać od 6 rano, ale my poszłyśmy najpierw do Katedry a potem do Muzeum - niestety ledwo co zdążyłyśmy je przelecieć bo zamykają bardzo wcześnie (15?) a ogląda się te cuda w takim ścisku, że nie ma mowy o żadnej kontemplacji sztuki.
• obiad w tawernie zgadnijcie kogo podrywał właściciel tawerny?
• Panorama z kopuły Katedry św. Piotra dla tego widoku warto tam pójść albo tak jak niektóre cwaniary podjechać trochę windą
• Białe noce w muzeach rzymskich – i Usta Prawdy – dla chętnych poszłyśmy we cztery laski na miasto i warto było-nieprzebrane tłumy turystów i młodzieży, wszędzie jakieś spektakle, koncerty, wizualizacje i do tego piękny rzymski wieczór - czego chcieć więcej?

9 września 2007 – niedziela – Rzym

• Koloseum
• Forum Romanum
• i zasłużony odpoczynek
Kala jako przewodnik najbardziej bała się Forum Romanum ale my w tym upale i tak już słabo kojarzyłyśmy - na szczęście najpilniejsza moja Mama jej wszystko "podpowiadała" jednocześnie podrywając jakiegoś młodego Włocha.