poniedziałek, 3 września 2007

Włochy 2007 - Florencja


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz tam więcej fotek)

3 wrzesień 2007 – poniedziałek – Wenecja – Florencja

• pociąg z ruskimi babami tu jestem winna wyjaśnienie - oczywiście nie było żadnych prawdziwych ruskich tylko część z nas tak sobie głośno razgawarowała, że pozostała część postanowiła się przez czas podróży do nich nie przyznawać,
• Baptisterium i Piazzale Duomo
• Piazzale della Signiora
• Ponte Vecchio -Stary Most most naprawdę przeuroczy, kiedyś na nim mieścili się garbarze, którzy czyścili skóry bezpośrednio do rzeki, teraz są złotnicy - ich stragany wyglądają jak szkatułki na biżuterię

4 wrzesień 2007 – wtorek – Florencja – URODZINY JUDKI

• Muzeum Uffizi czekałyśmy w kolejce 2,5 godz. było nam zimno, bo padał deszcz i głodno, bo tak długo stałyśmy, szczerze mówiąc nie pamiętam co tam było tak fantastycznego oprócz rzeźby mojej Mamy - ale to bardzo tajemnicza sprawa.
• Kościół Santa Croce gdzie pochowani są Galileusz, Michał Anioł i Dante
• Muzeum Akademii – tylko Lila i c. Marysia
• uroczysty deser z okazji urodzin Judyty szampan był w hoteliku - tym razem 4 piętro a potem przyjemna knajpka prowadzona przez Serbów - no i oczywiście kelner podrywał solenizantkę - wiadomo najmłodsza

sobota, 1 września 2007

Włochy 2007 - Wenecja


(kliknij na zdjęcie a znajdziesz tam więcej fotek)


1 wrzesień 2007 – sobota – Bochum/Katowice/Londyn - Wenecja


Wyruszyłyśmy z 3 miast europy i spotkałyśmy się szczęśliwie na dworcu autobusowym w Wenecji. Potem w 30 st. upale, taszcząc torby krętymi uliczkami po półgodzinnym spacerze dotarłyśmy do naszego Bed&Brakfest gdzie po wciągnięciu na 3 piętro walizek padłyśmy z wycieńczenia na 2 godzinną sjestę. Tego wieczora zaliczyłyśmy:
• Piazzale Roma - Plac Rzymski
• przejażdżka vaporetto - tramwajem wodnym
• zagubienie cioci Bożenki na przystanku Zaharia
ciocia od początku wspominała coś, że się chyba zgubi ale jak wszystkie zatrzymałyśmy się żeby podziwiać jeźdźca na koniu i okazało się, że jej nie ma już po pierwszych 20 minutach spaceru – to nie mogłyśmy w to uwierzyć, że jest taka słowna. Na szczęście, bo już niektórym już zbierało na płacz.
• Piazza San Marco nocą i występy grajków
• Most Rialto nocą
wybrałyśmy się na tanie winko i jakieś tam weneckie przysmaki na okoliczny placyk, było bardzo przyjemnie posłuchać etnicznej afrykańskiej muzyki i pooglądać jak bawi wenecka młodzież - jak u nas - alk, fajki i muza.
2 wrzesień 2007 – niedziela – Wenecja
• Katedra św. Marka – zwiedzanie i msza św.
• Pałac Dożów z zewnątrz nie zainteresowały nas żadne wystawy, które polecano, więc poszłyśmy na miasto
• spacer nadbrzeżem i po dzielnicy Castello
• Regaty Historyczne
wydawało nam się, że będzie to coś szokująco - fantastycznego i było ładnie ale trochę komercyjnie i tłoczno, nie można powiedzieć przystojni gondolierzy też się trafili.
• wieczorny spacer po dzielnicy San Polo i Most Akademii gdzie rozdzieliłyśmy się - jedna grupa - odpoczynek na Piazza Stefano
- druga grupa – spacer pod Katedrę Santa Maria della Salute i tam zobaczyłyśmy piękny mały hotelik i tak się rozmarzyłyśmy, że chciałybyśmy jeszcze kiedyś tam wrócić i zamieszkać - kto wie?

piątek, 31 sierpnia 2007

Le donne in Italia

Termin: 1 do 10 wrzesień 2007 r.

Podróżnicy: Marysia, Jadzia, Bożenka, Irena, Kalisia, Anka, Liliana Magda i Judka

Miejsca: Wenecja, Florencja i Rzym

Witam drogie wycieczkowiczki a także czytelników i oglądaczy tego bloga,

Oczywiście nie będę Wam pisała o Wenecji, Florencji i Rzymie - bo są to miasta, o których każdy coś wie ale opowiem Wam o samej WYPRAWIE, bo była to sprawa niezwykła.

Jak już przeczytaliście wizytówkę wyprawy to zauważyliście, że uczestniczyły w niej same kobietki – później zwane z włoska „donny”. Nie były to jednak kobiety przypadkowe – są one połączone więzami krwi. Tak, więc w naszej szalonej eskapadzie uczestniczyły:
ciocia Marysia (Katowice)– bratowa mojej Mamy ze swoją córką Lilą (Londyn)
ciocia Bożenka (Lublin) – siostra mojej Mamy ze swoją córka Magdą (Cleveland)
ciocia Irena (Świdnik) – siostra mojej Mamy,
ciocia Kala (Lublin) – siostra mojej Mamy,
moja Mama Jadzia (Bochum)- ze swoimi córkami: Judytą (Bochum) i Anką czyli mną.

Jak zauważyliście przedsięwzięcie było międzynarodowe i bardzo skomplikowane logistycznie. Całe szczęście, że w dzisiejszych internetowych czasach można większość rezerwacji zrobić z wyprzedzeniem i do tego można się podzielić organizacją. Dlatego też na łamach tego bloga jeszcze raz bardzo chciałam podziękować za pomoc w organizowaniu tej wycieczki Kalisi, Lilianie i Judycie, które poza wielogodzinnym przeglądaniem najlepszych dla nas miejsc noclegowych podjęły trud przewodnictwa, oprowadzając nas po zabytkach Wenecji, Florencji i Rzymu. Nie jest łatwo to wszystko opisać, oj nie.
Nie mam szans - nawet najmniejszych - odtworzyć pierwszych wrażeń z lotu samolotem cioć Marysi i Bożeny. Nie dam rady też - za żadne skarby świata - powtórzyć komizmu sytuacyjnego i żartów mojej Mamy i cioci Bożenki oraz ciętego języka cioci Ireny lub milczącego „potępienia” dla naszych głupawek Kalisi. Nie da się oddać tego cudownego nastroju – 10- cio dniowego wypadu 9-ciu Donn do słonecznej Italii. Ale nade wszystko nie da się opisać tego bólu nóg, który towarzyszył nam od pierwszych chwil w Wenecji po lotnisko w Rzymie. Prawda dziewczyny? Postaram się jednak, żeby zdjęcia, które będziecie oglądać a szczególnie podpisy obok nich oddały jak najdokładniej nastrój naszego wspólnego przebywania. Oto co zobaczyłyśmy i jak podziwiałyśmy piękne włoskie zabytki.

wtorek, 17 lipca 2007

Nowy York

 
(kliknij na zdjęcie a znajdziesz więcej fotek)

Nigdy chyba nie napisałam do tego tekstu, więc i teraz tego nie zrobię. Może mi się kiedyś uda.

piątek, 13 lipca 2007

USA 2007 - Niagara


(jak klikniesz na zdjęcie zobaczysz więcej fotek)

12-13 lipiec 2007 - Detroit - Utica – Niagara Falls - Stamford

Już drugi dzień jedziemy do NY i nie możemy dojechać, za to jedziemy z przygodami. Tak sobie podróżujemy i kręcimy film drogi dla Was i dla siebie, żebyśmy mogli sobie wspominać na stare lata. I tak sobie jedziemy, jedziemy, jedziemy i jedziemy i myślimy, że tym razem chyba nie zobaczymy tej prowincjonalnej Ameryki, autohtonów na peryferiach w małych miasteczkach. I co, wyobraźcie sobie, że na szczęście udało się - objawienie na naszej trasie – UTICA!!!!!!!!!!!!

Krzysiek na hasło Utica krzyczy od razu - ICHA, bo tak tam właśnie było. Najpierw kolacja w eleganckiej włoskiej restauracji i dwa winka na rozruch a potem już poleciało. Pub z muzyką blamblamblam blamblamblamblambam - czyli country jakieś tam i pijane czy naćpane małolaty (w tym jedna trzeźwa z Rzymu ale tego w stanie New York a nie we Włoszech). Swoją drogą bardzo śmieszni są Ci Amerykanie, mają mnóstwo miejscowości z nazwami miast czy nawet europejskich krajów np. Warsaw, Poland, Berlin, Roma itd. Wracając jednak do pubu, trochę się w nim pokręciliśmy, Sebastian próbował coś złowić ale raczej nie było na kim zawiesić oka i w związku z tym złapaliśmy taksówkę. Dwuzębny taksówkarz był idealnym przykładem "red necka" czyli po naszemu wieśniaka, na pytanie co się dzieje w Utica wykrzykiwał, że to jest "shit hole" a na pytanie czy ma dziewczynę stwierdził, że nie chce żadnej dziewczyny. No pewnie, chłopak tak przecudnej urody ma prawo wyboru czy chce spać tego wieczora z lewą czy ze swoją prawą ręką. Na szczęście dowózł nas bez problemu do jedynego w miasteczku burdelu. O tym jednak powinni na żywo opowiedzieć Wam Sebastian i Krzysiek, bo mnie nie wypada, mimo, że byłam w takich przybytkach już dwa razy w Polsce i dwa razy w Bangkoku. Wrażenia jednak za każdym razem są inne i raczej stanowią męską niż damską atrakcję. Utica na pewno będzie się nam kojarzyć z zajefajną amerykańską prowincją i miejscem gdzie w końcu widzieliśmy prawdziwego skunksa.

Co innego Niagara Falls – porażka !!!!.Dwa wodospady położone na pograniczu USA i Kanady, gdzie od strony amerykańskiej stoi brzydkie miasteczko Buffalo a od strony Kanady podobno urokliwe miasteczko ........ . Jak zwał tak zwał ale dwa otoczone betonowymi miastami wodospady reklamujące się jako " Najbardziej romantyczne miejsce na świecie na spędzenie miesiąca miodowego" - to BARDZO gruba przesada. Po amerykańsku. Dzięki Bogu, fantazji nam nie brak. Krzysiek w ostatnim momencie zauważył loty helikopterem i zwiedziliśmy Niagarę, jak biali ludzie - z lotu ptaka. I to był chyba najlepszy pomysł na zwiedzanie tego miejsca. W każdym bądź razie: zobaczone i odfajkowane - jak Tadż Mahal.

środa, 11 lipca 2007

USA 2007 - Detroit


(kliknij na zdjęcie a zobaczysz więcej fotek)


Gościnność po amerykańsku.

Seba jak na amerykańskiego gospodarza przystało dał nam się przespać na podłodze a potem wyłączył nam prąd. Teraz mówi, że wszystko to było po to, żebyśmy wiedzieli, że nie jest lekko w tej Ameryce. Na szczęście byliśmy na to przygotowani, bo mieliśmy swój materac a po 24 godz bez prądu chłopcy się wk…. i zerwali plomby z licznika w imieniu świętego, konstytucyjnego prawa do energii atomowej. Potem Krzysiek znalazł bezpłatne wifi na Sebastiana ogródku i znowu przeskoczyliśmy w 21 wiek.

Zanim jednak sobie tak fajnie poradziliśmy gościliśmy się 2 wieczory u Dany i Sławka, którzy mieszkają nieopodal czyli pół godziny drogi od Sebastiana.Tu wszystko tak wygląda, że niby blisko a daleko. Każde większe miasto jest otoczone innymi mniejszymi miasteczkami i w zasadzie wszędzie jest tak jak na Śląsku. Wjeżdżasz z miasteczka do miasteczka i nawet nie wiesz gdzie jesteś dopóki nie przeczytasz na jakimś banku nazwy jego oddziału.
Tak, więc Dana i Sławek z córkami mieszkają w Troy w bardzo fajnym domku, który sami wyremontowali, zainstalowali jacuzzi na dworze i robią mega imprezy dla swoich znajomych. Jedna impreza na bagatela 50 osób nas ominęła ale i tak mieliśmy szczęście skorzystać z ich gościnności objadając się przepysznymi potrawami przygotowanymi przez panią domu. Do tego mojito i steki przygotowane przez Sławka i Sebastiana dopełniły pełni szczęścia. Uwaga dla zainteresowanych (już Ci do których piszę wiedzą o kogo chodzi) podaję przepis na mojito a' la Sebastian: do moździerza wrzucasz 6 listów świeżej mięty, ćwiartkę limonki, łyżeczkę cukru trzcinowego, dodajesz trochę skruszonego lodu i ugniatasz tak aby wycisnąć sok z mięty, przelewasz wszystko do szklanki jak do whiskey, wlewasz 40 g ciemnego rumu bacardi, dosypujesz kruszony lód i troszkę wody gazowanej, mieszasz i wypijasz na zdrowie. No i cały sekret.

Na szcęście te wieczorne uczty nie kończyły się już przejedzeniem, bo to co oglądaliśmy i obserwowaliśmy w centrum Detroit porządnie nami wstrząsnęło. Siedzieliśmy 2 godz. na nadbrzeżnym pasażu przed budynkiem GM Center, nad brzegiem Huron River, naprzeciwko Kanady i obserwowaliśmy ludzi.

Tego u nas nie ma!!!!!!!!!!!!!!!. Mamo - miałam dla Ciebie zrobić kilka zdjęć pupiastych Murzynek ale przepraszam – nie da się. Tak mnie zatkało, że nie widziałam czy mogę je w ogóle zrobić. Dla mnie to byli chorzy ludzie i nawet nie byłam w stanie ocenić ich wagi. Martin mi mówił, że widział w Anglii strasznych grubasów i że nie ma grubszych kobiet od Brytyjek, ale ja sobie tego nie jestem w stanie wyobrazić. Co to były za widoki! Obiecuję, że jak tylko dojdę do siebie to zrobię kilka zdjęć. W każdym bądź razie mnie i Krzyśkowi pozostają 2 drogi:
- pierwsza – jesteśmy szczupli, piękni i młodzi i wszyscy mogą nam naskakać, bo na palcach u jednej ręki można policzyć tych, którzy wyglądają tak jak my;
- druga – nie znasz dnia ani godziny, kiedy staniesz się takim monstrum, że się nie zmieścisz nawet do karetki pogotowia ratunkowego i nie będzie takiego szpitala, który będzie miał łóżko operacyjne, które wytrzyma twoją wagę.
Co ciekawe, nawet w toaletach, nie wspominając w przymierzalniach sklepowych, mają tu lustra wyszczuplające, a rozmiarówki są odwrotne do azjatyckich – ja się spokojnie mieszczę w XS. Ale jestem laska, co? Szkoda, że tylko w Stanach.
Tak szczerze pisząc, to jest mi ich żal. Amerykanie mają tyle kasy i możliwości ale się ubeznowłasnowalniają taką prozaiczną rzeczą jak jedzenie. Nie będę już tego opisywać wspomnę tylko, że nawet sałatki greckie mają tu gigantyczne. Niektórzy coś próbują ze sobą robić i w czasie przerwy na lunch zakładają do swoich eleganckich biurowych strojów adidasy i chodzą w bardzo szybkim tempie około godziny. Niestety są to głównie ludzie po 45 roku życia, bo młodsi zazwyczaj w tym czasie spożywają swój lunch w McDonaldzie złożony z litrowej coca-coli, frytek i hamburgera. Boże broń nas od takiej przyszłości!!!!!

Wracając jeszcze do naszego dzisiejszego popołudnia, to dzięki informacji Dany zwiedziliśmy wystawę „ Nasze ciało”, która idealnie podsumowywała nasze dzisiejsze obserwacje. Amerykanie w przeciwieństwie do Chińczyków nie nadawaliby się na eksponaty na tą wystawę. Za długo by trwało ich preparowanie.

Jeszcze słowo o Detroit. Podobno jest drugie na liście 10 miast, które ma zniknąć w ciągu 10 lat z powierzchni ziemi - nie wydaje mi się, choć nigdy nie wiadomo. Jest tu oczywiście polska dzielnica i mnóstwo Murzynów, po Washington D.C jest ich tu najwięcej. Odwiedziliśmy oczywiście 8 milę, nie szukaliśmy jednak domu Eminema, wystarczyła nam sama świadomość, że znajdujemy się w stolicy hip-hopu, którą pożegnaliśmy ruszając na podbój Nowego Jorku.

Serdecznie pozdrawiamy Danę i Sławka i życzymy im powodzenia. Dzięki

Z Lincolna Nawigatora
– 50 mil (sami sobie oczywiście przeliczcie jak to daleko) przed NY City.

Anka, Sebastian i Krzysiek